Nie dajmy się zwariować – druga fala

Do wszystkiego można się przyzwyczaić, prawda? Szczególnie w czasach, kiedy media serwują nam sensację za sensacją, internety aż kipią od coraz to nowszych newsów, a tak właściwie to sami już nie wiemy, w co wierzyć, a w co nie. Rzeczone środki masowego przekazu zdążyły już odmienić przez wszystkie przypadki słowo “koronawirus”, a “COVID-19” w tytułach artykułów nie przyciąga wzroku tak, jak jeszcze trzy-cztery miesiące temu. Informacje o nowych ogniskach zakażeń? Codzienność. Trudno cały czas martwić się i przejmować jakimś jednym wirusem. A w ogóle to życie wraca do normy, kolejne obostrzenia są zdejmowane. Każdemu należy się odpoczynek, dlatego chętnie wyjeżdżamy na wakacje. Czego dowodem są tłumy na górskich szlakach i nadmorskich plażach. Niechże ta branża turystyczna też się trochę odkuje…

To się jeszcze nie skończyło

Zaraz, zaraz. Zatrzymajmy się na chwilę w tym przyzwyczajaniu się i nie przejmowaniu. Na początek trochę cyferek. W momencie kiedy piszemy ten artykuł, liczba potwierdzonych zakażeń koronawirusem w naszym kraju przekroczyła 52 tysiące. Na szczęście większość z tych osób, bo ponad 36 tysięcy, wyzdrowiała. Niestety, 1809 osób zmarło. Na całym świecie potwierdzono do tej pory ponad 19 milionów przypadków zachorowania i ponad 700 tysięcy śmierci. Oznacza to, że na każdy 1000 zarażonych osób 37 żegna się z życiem. Jeśli patrzymy tylko na cyferki, to nie wydaje się dużo. Ale dobrze jest pamiętać, że każda śmierć to ogromna tragedia dla najbliższych, często poprzedzona dniami, a może i tygodniami nierównej walki.

To zupełnie normalne, że z dnia na dzień rośnie liczba potwierdzonych zachorowań. W końcu robione są kolejne testy, i to w coraz większych ilościach. Dla przykładu: w Polsce w maju wykonywano ich 500-700 tysięcy tygodniowo, a ostatnio już ponad 2 miliony. Częściowo może to stanowić wyjaśnienie faktu, że obecnie dzienna liczba potwierdzonych zakażeń jest wyższa niż 2 czy 3 miesiące temu. Ten temat zostawmy jednak epidemiologom. Nas interesuje bowiem przede wszystkim to, że koronawirus wciąż nam towarzyszy.

Wirus strachu

Co tu dużo mówić. Baliśmy się w marcu, kiedy w naszym kraju wykryto pierwsze zachorowania i zamykano szkoły. Baliśmy się w kwietniu, kiedy zamknięto w ogóle wszystko z wyjątkiem sklepów spożywczych, budowlanych, drogerii i aptek. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pół Polski odreagowywało wtedy stres robieniem remontów… Wszyscy baliśmy się przede wszystkim tego, że moglibyśmy – lub nasi bliscy mogliby – zarazić się koronawirusem. Biorąc pod uwagę sceny w sklepach, baliśmy się też, że nagle zabraknie papieru toaletowego, ryżu i makaronu. Ileż memów powstało na ten temat! Wszelkie możliwe media organizowały kampanie pod hasłem “zostań w domu”. A kiedy już się w tym domu zamknęliśmy, baliśmy się utraty pracy i środków do życia. Baliśmy się kryzysu finansowego. Kwarantanny. Przepełnienia szpitali, scen jak we Włoszech czy w Nowym Jorku.

Ale już w maju sytuacja zaczęła się zmieniać i strach przed koronawirusem zelżał. Na pewno miało na to wpływ zdejmowanie kolejnych obostrzeń. Pozwolono wrócić do pracy osobom zatrudnionym w gastronomii i branży “beauty”. Wolno nam pójść do kina czy teatru oraz na siłownię. O tym, jak wyglądały spotkania kandydatów na prezydenta z wyborcami w czerwcu i lipcu nawet nie trzeba mówić – zdecydowanie nie wyglądało na to, żeby ktokolwiek tam bał się epidemii. Wygląda na to, że na pierwszy plan wysunął się niepokój o źródło dochodów, podsycany wzrostem cen w sklepach. Do tego dochodzą trwające od kilku miesięcy trudności z dostaniem się do lekarzy. I te okropne, irytujące maseczki… Generalnie – boimy się o nasz byt tu i teraz, a fakt, że gdzieś tam krąży jeszcze jakiś dodatkowy koronowany czynnik, tylko dodatkowo nas złości. Owszem, wciąż boimy się zachorowania. Boimy się o siebie, o naszych bliskich – szczególnie tych najstarszych, dla których COVID-19 jest groźniejszy. Ale chyba rzeczywiście do tego strachu trochę się przyzwyczailiśmy.

Jak żyć?

Co tu dużo mówić – koronawirus jest i pozostanie jeszcze zapewne przez długie miesiące, a może i przez długie lata. No ale przecież nie możemy żyć ciągle w stanie jakiejś podwyższonej gotowości, jakiegoś dziwnego wewnętrznego “COVID-alert”, bo wykończy nas wcale nie wirus, tylko stres. Dlatego powtarzamy to, o czym pisaliśmy jeszcze w marcu – nie popadajmy w panikę. Jest ona wskazana co najwyżej w sytuacji, kiedy wielki pająk usiądzie nam na nosie – gwałtowne podskoki i wymachiwanie rękami sprawią, że spadnie, a krzyk sprowadzi kogoś, kto pomoże się go pozbyć, podczas gdy my będziemy dochodzić do siebie. Jak łatwo zgadnąć, koronawirus to nie pająk, tylko wirus i nie siada nam na nosie, tylko na płucach, a zatem panika w tym przypadku zupełnie nam nie pomoże. A co nam pomoże? A te parę rzeczy, o których niby każdy wie, ale bywa, że nie każdy pamięta. Oto one.

Dystans

Koronawirus przenoszony jest przede wszystkim z człowieka na człowieka. Jego cząsteczki są obecne w maleńkich kropelkach, które wydostają się z nosa i ust podczas kaszlu i kichania, ale także podczas rozmowy czy normalnego oddychania. Wiemy, że bardzo często zakażenie koronawirusem nie wywołuje żadnych objawów, a tymczasem podstępne wirusisko w organizmie jest i bardzo chętnie skolonizuje sobie błony śluzowe potencjalnego rozmówcy… Dlatego właśnie powinniśmy utrzymywać odpowiednią odległość od innych ludzi. Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) jest to 1 m, według naszych rodzimych przepisów prawnych 1,5 m. Generalnie – im dalej, tym lepiej, bo w ten sposób zmniejszamy ryzyko wdychania tego, co ktoś inny właśnie przed chwilą wydychnął, a więc tych właśnie małych kropelek, będących dla koronawirusa tym, czym drewniany koń dla Greków pod Troją. Z tego samego powodu powinniśmy unikać zatłoczonych miejsc. Im więcej ludzi, tym trudniej zachować bezpieczną odległość i tym więcej tych kropelek wydostających się z cudzich dróg oddechowych.

Higiena

Podstawa kładziona nam do głów od najmłodszych lat: trzeba się myć! No i pewnie, że trzeba, szczególnie ręce, i to wodą z mydłem, porządnie, przez co najmniej 20 sekund. Już dawno powinno nam wejść w nawyk mycie rąk po powrocie do domu czy po przyjściu do pracy. A już na pewno przed jedzeniem. I tak sobie, ot, bez powodu. Bo w ten sposób zmywamy z rąk mikroorganizmy, które się nam poprzyczepiały do skóry. I to nie tylko koronawirusy, ale i inne wirusy powodujące choroby dróg oddechowych. I bakterie, które są przyczyną różnego rodzaju biegunek.

A jak nie możemy umyć rąk? To używamy płynów do dezynfekcji. Szczególnie przed wejściem do sklepu czy do restauracji. To prawda, że najczęściej te płyny po prostu śmierdzą, bo pewnie są robione na bazie denaturatu… Ale w końcu one nie są do wąchania, tylko do zabijania nieproszonych gości, którzy mają ochotę przejechać się na naszych dłoniach prosto na paczkę herbatników, których skład właśnie sobie czytamy. My z herbatników zrezygnujemy, odłożymy, a pół minuty później tę samą paczkę chwyci osiemdziesięcioletnia babcia z osłabioną odpornością, a zaraz potem podrapie się po nosie albo oku i nieszczęście gotowe…

À propos drapania się po nosie – tego w ogóle nie powinniśmy robić, jeśli wcześniej nie umyjemy rąk. Dlatego właśnie, że wzorem tej biednej babci mogliśmy wcześniej dotykać czegoś, na czym siedział sobie przyczajony koronawirus. Albo inny wirus. Albo bakteria, grzyb, ameba, jaja glisty… No, w ogóle cokolwiek, czego nie chcielibyśmy mieć na lub w organizmie. To przecież nie jest nic nowego – skąd mamy wiedzieć, kto przed nami dotykał poręczy schodów, rączki do trzymania się w autobusie, ogólnodostępnej klamki? A może akurat ktoś, kto niedokładnie umył ręce po dwójeczce? Albo amator trunków tanich a mocnych, spożywanych pod krzaczkiem od rana do wieczora, który z higieną osobistą jest ogólnie na bakier? I potem my to dotykamy, i takimi rękami do twarzy… Fuj!

No i jeszcze do tematu higieny należy to, jak kaszlemy i kichamy. Wiadomo, że teraz każdy, kto publicznie oddaje się tym czynnościom ściąga na siebie pełne przerażenia i złości spojrzenia, ale cóż zrobić. Nad tym nie zawsze da się zapanować. A w ogóle to nie każdy kaszel oznacza zaraz COVID-19, a kichanie to nawet nie jest jeden z najczęściej spotykanych objawów. Lato mamy, drzewa pylą i inne roślinki, siano się suszy gdzieniegdzie… No, generalnie alergicy nie mają łatwo. W każdym razie, jeśli już zamierzamy sobie kaszlnąć albo kichnąć, to zasłaniamy usta i nos, ale nie dłonią, tylko zgięciem łokcia. Jest też pewna dobra strona nie powstrzymywania się od takich czynności, bo jest spore prawdopodobieństwo, że kilkukrotne kaszlnięcie zapewni nam całkiem niezłą, bezpieczną odległość od innych ludzi…

Spokój

Może się zdarzyć, że nawet pomimo rygorystycznego przestrzegania wszelkich zaleceń zaobserwujemy u siebie jakieś niepokojące objawy infekcji. Wcale niekoniecznie koronawirusem, w końcu to nie jest tak, że koronawirus zjadł wszystkie inne wirusy i bakterie, i teraz nic innego nie może nas infekować. Ważne jest, żeby w takiej sytuacji nie ganiać niepotrzebnie po mieście, tylko jeszcze bardziej ograniczyć swoje kontakty z innymi (co akurat powinniśmy robić zawsze, jeśli zachorujemy). Oczywiście, z lekarzem powinniśmy się skontaktować, ale telefonicznie! I lekarz nam powie, co mamy dalej robić.

Maseczki

No tak, maseczki, temat rzeka… Od samego początku epidemii zdania na ich temat były podzielone, i to zarówno wśród medyków, jak i zwykłych “cywilów”. Wszyscy zgadzali się jednak, że nos i usta powinny zakrywać osoby chore. Dlaczego? Po to, żeby nie rozsiewać zarazków, oczywiście. Czy jednak maseczki mogą ustrzec osoby zdrowe przed zachorowaniem? Nie bardzo. No, chyba żeby to była maska medyczna, to wtedy może jakoś tam chronić. Ale większość z nas nosi maski z tkaniny, które medycznymi w żadnym razie nie są.

Zadaniem takiej maseczki jest zatrzymanie tych drobnych wydychanych kropelek, o których pisaliśmy nieco wyżej, pod hasłem “dystans”. Jeśli osiądą one na wnętrzu maski, zawarte w nich wirusy mają mniejsze szanse na przedostanie się na zewnątrz. Oczywiście, ich część i tak znajdzie drogę, bo przecież ich rozmiary są znacznie mniejsze niż przestrzenie między włóknami materiału. Ale uda się je trochę spowolnić. Oficjalne stanowisko WHO jest takie, że należy je nosić w miejscach, w których trudno jest zachować bezpieczny dystans. Do miejsc takich należą sklepy i komunikacja publiczna, ale także wszystkie inne miejsca, w których dużo ludzi zbiera się na niewielkim terenie, choćby to było na otwartej przestrzeni. Takie mamy też wytyczne w obecnie obowiązujących przepisach: usta i nos (tak, nos też, choć dla wielu nie jest to takie oczywiste) należy zasłaniać we wszelkich zamkniętych pomieszczeniach, środkach transportu zbiorowego, ale też na wolnej przestrzeni, jeśli nie ma możliwości zachowania dystansu 1,5 m.

A czymże te usta i nos zasłaniać? Przepisy mówią o maseczkach, częściach garderoby lub przyłbicach. Te ostatnie pozbawiają argumentów tych, którzy twierdzą, że “ale ja w tym świństwie nie mogę oddychać” – przyłbice nie ograniczają dostępu powietrza, ale też nie są jakoś wybitnie skuteczne w zapobieganiu rozprzestrzeniania się tego, co wydychamy. Niemniej jednak są jakąś alternatywą dla astmatyków i osób, które rzeczywiście nie radzą sobie z maseczkami. Co do masek, WHO mówi, że najlepiej jest używać maski, składającej się z trzech warstw: wewnętrznej chłonnej (np. bawełnianej), środkowej z włókniny i zewnętrznej niechłonnej, bo takie są najskuteczniejsze. Ale sprawdzi się też kilka warstw bawełny. Grunt, żeby odfiltrować to, co wychodzi z nas podczas oddychania czy mówienia. O częściach garderoby nie będziemy się specjalnie rozpisywać. Każdy rozsądny człowiek rozumie, że koszulka z siatki, ażurowy szaliczek czy koronkowe stringi nie zdadzą egzaminu.

Jeśli już zaopatrzyliśmy się w taką tkaninową maseczkę, to jak często ją zmieniać, jak prać? Znów powołamy się na WHO – najlepiej prać w gorącej wodzie, o temperaturze co najmniej 60 stopni Celsjusza, z dodatkiem mydła lub innego detergentu. A jak często zmieniać? Cóż, najlepiej tak, jak majtki. Czyli codziennie mieć świeżą, czystą. A jeśli się zabrudzi lub zamoknie, to wtedy też wziąć nową. Dlatego dobrze jest mieć zawsze przy sobie nie tylko tę maskę, którą akurat chcemy nosić, ale też zapasową.

Dystans (tak, drugi raz)

Powinniśmy nie tylko zachować dystans społeczny, czyli nie zbliżać się do innych ludzi na odległość większa niż 1,5 m. Powinniśmy też zachować coś, co można określić jako “dystans psychiczny”. Chodzi o to, żebyśmy nie nakręcali się sensacyjnymi nowinami, które mogą do nas docierać głównie za pośrednictwem Internetu. Na początku epidemii, kiedy w życie wchodziły pierwsze obostrzenia, niemal każdy miał “stryjecznego wuja szwagra drugiego męża”, który miał ciocię, która zna kogoś, kto ma bratową wujenki, która słyszała, że czyjś znajomy pracujący w służbach specjalnych mówił… Mniejsza już o to, co mówił, bo przecież to były wyssane z palca brednie, obliczone na wzbudzenie popłochu w i tak już znerwicowanym społeczeństwie.

Ale i teraz nie brakuje “fake newsów” i teorii spiskowych, które tak naprawdę nie mają żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. O, choćby pierwszy z brzegu kit, że koronawirus jest rozsiewany po świecie za pomocą sieci 5G. Każdy rozsądny człowiek wie, że sieć 5G, jak i zresztą cały Internet, może służyć co najwyżej do przenoszenia wirusów komputerowych, a nie ludzkich. Klasą sam dla siebie jest pogląd, jakoby cała ta heca z pandemią była fikcją wykreowaną przez leniwą służbę zdrowia, we współpracy z politykami. Teraz ponoć medycy mają leżeć do góry brzuchami i “brać kasę za koronawirusa”, a szpitale (szczególnie pewnie te jednoimienne) świecą pustkami. Nie trzeba być Einsteinem, żeby zauważyć, że coś tu się nie klei. Dlatego właśnie ważne jest, żeby nie przyjmować bezkrytycznie wszystkiego, co czytamy i słyszymy w mediach, szczególnie społecznościowych, tylko do informacji podchodzić z dystansem.

Podsumowując…

… zbierzmy teraz wszystkie te informacje w kilku krótkich punktach. Co powinniśmy (a czego nie powinniśmy) robić, żeby uchronić się przed koronawirusem i korona-paniką?

  1. Myjemy ręce wodą z mydłem przez co najmniej 20 sekund. Powinno to być pierwsze, co robimy po przyjściu do domu. Jeśli nie możemy umyć rąk, korzystamy z płynów lub żeli do dezynfekcji.
  1. Dezynfekujemy przedmioty i powierzchnie, których często dotykamy, np. klamki, telefony, blaty, piloty do telewizorów.
  1. Nie dotykamy twarzy. Nie drapiemy się, nie dłubiemy w nosie, nie obgryzamy paznokci. Szczególnie, kiedy jestesmy poza domem.
  1. Zasłaniamy usta podczas kichania lub kaszlu. I robimy to zgięciem łokcia, nie dłonią.
  1. Unikamy kontaktu z innymi ludźmi. Najlepiej nie wychodzimy z domu, jeśli naprawdę nie musimy. Unikamy dużych skupisk ludzi.
  1. Jeśli mamy taką możliwość, unikamy komunikacji publicznej. Jeśli jedziemy autobusem lub tramwajem, nie rozmawiamy przez telefon.
  1. Zasłaniamy nos i usta w przestrzeniach zamkniętych (w sklepach, galeriach handlowych, środkach komunikacji zbiorowej) i wszędzie tam, gdzie nie możemy zachować odległości co najmniej 1,5 m od innych osób.
  1. Jeśli zauważymy u siebie objawy jakiejkolwiek infekcji, nie idziemy do lekarza od razu, ale dzwonimy do przychodni i dokładnie opisujemy, co się dzieje.
  1. Nie ufamy informacjom z niepotwierdzonych źródeł. Często mają one bowiem na celu zasianie paniki lub dezinformację.
Autor:

Agnieszka Markowska-Jędra

Źródło:

https://www.gov.pl/web/koronawirus/wykaz-zarazen-koronawirusem-sars-cov-2
https://www.gov.pl/web/zdrowie/liczba-wykonanych-testow
https://covid19.who.int/
https://www.who.int/emergencies/diseases/novel-coronavirus-2019/advice-for-public
https://www.who.int/emergencies/diseases/novel-coronavirus-2019/question-and-answers-hub/q-a-detail/q-a-on-covid-19-and-masks
https://www.who.int/emergencies/diseases/novel-coronavirus-2019/advice-for-public/myth-busters
https://www.crazynauka.pl/jak-nie-zlapac-koronawirusa-podczas-wakacji/
https://www.crazynauka.pl/cdc-zmienia-zalecenia-noszenie-masek-przez-wszystkich-na-tym-etapie-epidemii-ma-sens/

PRZECZYTAJ TEŻ:


Skomentuj

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.