Neurofizjologia strachu

“Uwaga! Przejście w tryb automatyczny! Ręczne sterowanie wyłączone! Wyższe funkcje intelektualne wyłączone! Wczytywanie protokołu paniki!”. Gdyby nasz organizm funkcjonował tak, jak w znanym francuskim animowanym serialu edukacyjnym, z mózgiem jako centrum dowodzenia, taki właśnie komunikat zapewne rozległby się w sytuacji, kiedy naprawdę się czegoś wystraszymy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wówczas po prostu przestajemy kontrolować reakcje naszego ciała i umysłu, stając się niejako obserwatorami bieżących wydarzeń. Niejednokrotnie nawet nie pamiętamy wszystkich szczegółów. Jak to się dzieje? Czy gdzieś w głębi naszego mózgu istnieje coś w rodzaju autopilota uruchamiającego się w sytuacji zagrożenia?

Czym się boimy?

Strach to jedna z najbardziej podstawowych emocji. Odczuwają go nie tylko ludzie, ale też wszystkie zwierzęta. Zaobserwowano go nawet u tak prostych organizmów jak owady – odkryto, że komary, które uniknęły śmierci z ręki gryzionego człowieka, reagują na wibracje podobne do tych, które rozchodzą się po skórze pod wpływem “pacnięcia” dłonią. Śmiało można więc stwierdzić, że strach towarzyszy nam od zawsze – zapewne pojawił się już u naszych bardzo wczesnych przodków, którzy dopiero zaczynali wytwarzać scentralizowany układ nerwowy, z czymś na kształt mózgu w głowie i nerwami biegnącymi do wszystkich części ciała. Być może istniał nawet wcześniej, gdy przypominali pierwotniaki. Niewykluczone, że tak było, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż już u jednokomórkowych drożdży czy bakterii pojawiają się peptydy podobne do naszego hormonu adrenokortykotropowego (ACTH), wydzielanego gdy się stresujemy. Trudno jednak stwierdzić czy taka bakteria albo inny pantofelek się czegoś boją, a jeszcze trudniej wyobrazić sobie, że raz wywołane coś w rodzaju uczucia strachu mogłoby sprawić, że czegoś się nauczą i ułatwić im przetrwanie w przyszłości…

Wróćmy zatem do tego etapu rozwoju naszych przodków, kiedy mieli oni już mózg. Musiały się w nim znaleźć jakieś struktury, które umożliwiały im analizę wrażeń dostarczanych przez otaczający świat i pozwalały odpowiednio na nie reagować. U nas jest to układ limbiczny. Naukowcy wciąż nie są zgodni, które struktury wchodzą w jego skład, a które nie, ale na pewno jest to hipokamp i ciało migdałowate. Hipokamp jest zbudowany z kory mózgowej, ale innej niż ta, za pomocą której wykonujemy skomplikowane operacje matematyczne. Jest to bowiem tzw. kora stara, która powstała dość wcześnie w rozwoju ewolucyjnym kręgowców – jest obecna już u ryb i całkiem nieźle rozwinięta u gadów. U nas zachowała się w szczątkowej formie, ale wciąż pełni bardzo ważne funkcje. To dzięki hipokampowi cokolwiek pamiętamy i to właśnie tam zachodzą intensywne procesy powstawania nowych komórek nerwowych. Ciało migdałowate natomiast obecne jest już u gadów. Jest ono prawdziwym centrum kontroli emocji. Ono też w dużej mierze decyduje o tym, co zostanie zapisane w pamięci, a co nie. Generalna zasada jest taka, że łatwiej zapamiętujemy to, co wywołało w nas silne emocje.

Jak się boimy?

Ciało migdałowate można porównać do ochroniarza obserwującego na monitorach wszystko to, co dzieje się w budynku i na zewnątrz, w najbliższym otoczeniu. Kamerami są w tym przypadku narządy zmysłów, ale także wzgórze i podwzgórze, które odbierają dane dotyczące stanu fizjologicznego organizmu. Ciało migdałowate na bieżąco analizuje bowiem informacje otrzymywane z pozostałych struktur mózgowia. W ciągu ułamka sekundy musi zdecydować czy sytuacja, w której się znajdujemy, w jakikolwiek sposób nam zagraża. Jeśli uzna, że tak, wszczyna alarm – aktywność tworzących je neuronów gwałtownie wzrasta. Naukowcy wielokrotnie zaobserwowali to, strasząc ochotników podpiętych do urządzeń badających aktywność poszczególnych części mózgu. Pobudzenie ciała migdałowatego skutkuje uwolnieniem dużej ilości glutaminianu, dopaminy i noradrenaliny – neuroprzekaźników sfery pobudzającej, które mobilizują organizm do działania. Adrenalina i noradrenalina uwalniane są także do krwi, z rdzenia nadnerczy, który jest uruchamiany za pomocą autonomicznego układu nerwowego. To te hormony powodują przyspieszenie tętna, rozszerzenie źrenic, odpływ krwi ze skóry i przewodu pokarmowego i dostarczenie jej w większej ilości do mięśni i mózgu. Ten mechanizm ułatwia stawienie czoła zagrożeniu lub szybką ewakuację w bezpieczne miejsce.

Jak to jest, że często reagujemy strachem na bodziec wcześniej niż w ogóle go zauważymy? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy jeszcze raz przyjrzeć się budowie naszego mózgu i drogom, jakimi przepływają w nim informacje. Z narządów zmysłów docierają one do wzgórza. Tam znajduje się rozwidlenie – sygnały trafiają jednocześnie do kory mózgu (gdzie umiejscowione są ośrodki wzrokowe, słuchowe i inne, pozwalające nam na odczytanie danych o środowisku) i do ciała migdałowatego. Skoro zatem to ono decyduje o naszej reakcji na przerażający bodziec, czy udział kory mózgu w ogóle jest potrzebny? Weźmy pod uwagę, że kora nowa, czyli 95% całej kory mózgu (reszta to właściwie hipokamp i ciało migdałowate) wykształciła się dopiero u gadów. Wcześniej zwierzęta jej nie miały, a jakoś musiały reagować na zagrożenie. Było to możliwe dzięki istnieniu połączeń między wzgórzem a tym, co u nas tworzy ciało migdałowate. Nawet jeśli struktura mózgu uległa w dalszych etapach ewolucji dużym zmianom, to te drogi wciąż istnieją i spełniają swoje zadanie, pozwalając nam w mgnieniu oka stawić czoła niebezpieczeństwu (albo przed nim uciec). Oczywiście, ciało migdałowate otrzymuje w ten sposób tylko bardzo ogólne i niedokładne dane. Główną zaletą jest fakt, że otrzymuje je bardzo szybko – u szczura przedostanie się doń ze wzgórza zajmuje im zaledwie 15 milisekund. Ciało migdałowate wykorzystuje też “nowe technologie” – docierają do niego także informacje przeanalizowane już przez korę nową. Są dokładniejsze i pozwalają na zaplanowanie dalszego postępowania, ale czas oczekiwania na nie jest niemal dwukrotnie dłuższy (u szczura 25 milisekund).

Czy są jakieś dowody na to, że u ludzi ciało migdałowate może reagować na bodźce bez udziału ośrodków zmysłów w korze nowej? Owszem. Nauka zna przypadek mężczyzny, u którego w wyniku silnych udarów mózgu doszło do uszkodzenia kory wzrokowej. Choć zatem z samymi jego oczami wszystko było w porządku, był niewidomy, bo jego mózg stracił narzędzia do odbierania płynących z nich sygnałów (to jak mieć działającą antenę podłączoną do niesprawnego telewizora). Nie był w stanie zarejestrować figur geometrycznych, ruchu czy nawet bardzo silnego źródła światła. Mimo to bardzo dobrze radził sobie z rozpoznawaniem emocji na prezentowanych mu zdjęciach twarzy, szczególnie gdy wyrażały one złość, smutek lub strach. Badanie przy pomocy rezonansu magnetycznego wykazało, że gdy na nie patrzył, aktywowało się u niego właśnie ciało migdałowate. Było to możliwe dlatego, że udary nie zniszczyły dróg, którymi bodźce wzrokowe docierały ze wzgórza wprost do tej struktury. Udowadnia też, jak ważne jest dla nas prawidłowe odczytywanie emocji z twarzy innych osób – w końcu jeśli ktoś się boi, to zapewne ma do tego powód i na wszelki wypadek lepiej też zachować ostrożność.

Dlaczego się boimy?

Strach nie należy do uczuć, które lubimy (przynajmniej w prawdziwym życiu, bo w końcu niektórzy odczuwają przyjemność z oglądania horrorów), a jednak go odczuwamy – my i wszystkie zwierzęta. Można więc wysnuć z tego wniosek, że jest nam bardzo potrzebny. Do czego? Odpowiedź jest bardzo prosta: do przeżycia. Łatwo jest udowodnić, obserwując co dzieje się z tymi, którzy go nie odczuwają.

Myszy boją się kotów. Jest to u nich strach instynktowny, podobnie jak u nas przed wężami. Nawet te gryzonie, których pokolenia urodziły się i wychowały w laboratorium, w którym kota nigdy nie było, uciekają gdy poczują choćby zapach tego drapieżnika. Jeśli jednak zostaną one zakażone pierwotniakiem Toxoplasma gondii, sytuacja diametralnie się zmienia. Wszystko przez to, że życiowym celem tego jednokomórkowca jest dostanie się do organizmu kota, gdzie może rozmnażać się płciowo. Dlatego też przedostaje się on do mózgu myszy, gdzie niszczy ciało migdałowate. Gryzoń wciąż czuje zapach kota, ale nic nie podpowiada mu, by jak najszybciej uciekał, nietrudno więc domyślić się, jak skończy.

Zdarzają się też ludzie, którzy zachowują się podobnie. Dobrym przykładem jest kobieta znana jako pacjentka SM, której ciało migdałowate uległo uszkodzeniu w wyniku choroby Urbacha-Wiethe’a, prowadzącej do zwapnień w obrębie kory mózgu. SM była właściwie całkowicie normalna – jej zdolności poznawcze nie były w żadnym stopniu zaburzone, odczuwała też emocje takie jak zaskoczenie, szczęście, smutek czy gniew. Jedyne, co odróżniało ją od całej reszty ludzkości to to, że kompletnie nie czuła strachu. Naukowcy poddawali ją licznym testom, usiłując wywołać choćby najmniejszą reakcję – bez skutku. Nie zrobiły na niej wrażenia filmy uznawane za najbardziej krwawe ani też wizyta w uchodzącym za najstraszniejsze nawiedzone miejsce na świecie Waverly Hills Sanatorium. Podobno SM udało się tam nawet wystraszyć jednego z pracowników-aktorów udających duchy. Nie działał u niej nawet wrodzony i najwyraźniej uwarunkowany genetycznie u naczelnych strach przed wężami i pająkami, co udowodniono podczas wizyty w sklepie zoologicznym. Może się wydawać, że życie SM było łatwiejsze w porównaniu do pozostałej, zalęknionej części ludzkiej populacji. Ale właściwie jedyną zaletę choroby SM stanowił fakt, że była ona odporna na zespół stresu pourazowego. A miała pena prawo na niego cierpieć, gdyż jej życie obfitowało w traumatyczne przeżycia. SM była ofiarą przemocy domowej, grożono jej nożem i bronią palną. Każda z tych sytuacji powinna wywołać paniczny lęk o własne życie i normalny człowiek z pewnością zrobiłby wszystko, żeby do nich nie dopuścić, właśnie ze strachu przed konsekwencjami. SM nie wykazywała takiego instynktu i, według zajmujących się nią naukowców, właśnie to mogło sprawić, że tak często znajdowała się w opałach.

Lubimy się bać?

Zazwyczaj nie lubimy się bać, ale czy naprawdę? Od zawsze ludzkość wymyślała przeróżne historie służące do tego, żeby się straszyć. Starożytność obfitowała w bóstwa charakteryzujące się niezwykłym okrucieństwem, a także w opowieści o tym, co robiły one ludziom. W średniowieczu, ale też i później, mamy szczegółowe opisy wątpliwych atrakcji czekających w piekle na grzeszników. W XVIII wieku zaczęły pojawiać się pierwsze powieści-horrory. W XX wieku i dziś triumfy święcą przerażające filmy. Dlaczego fundujemy sobie namiastkę przeżyć, których w prawdziwym życiu za wszelką cenę unikamy? Niektórzy psycholodzy są zdania, że może to wynikać z faktu, że nasze obecne życie nie obfituje w prawdziwe zagrożenia. W końcu jest coraz mniej dzikich zwierząt, nie ma też stałego zagrożenia atakiem wrogiego plemienia (przynajmniej w naszych, europejskich realiach)… To trochę tak, jakby nasz mózg przez tysiące lat ewolucji przyzwyczaił się do strachu i po prostu od czasu do czasu potrzebował wywołującego go bodźca.

Oglądanie niebezpieczeństw z bezpiecznej perspektywy kanapy w salonie czy kinowego fotela może też pełnić inne funkcje. Na pewno każdy widz choć raz zastanawiał się, jak zachowałby się goniony przez zombie, wampira czy psychopatycznego mordercę. Na pewno też każdy wymyślił tysiące scenariuszy, w których wychodzi zwycięsko z opresji. Jest to więc swoiste przygotowanie się do niebezpiecznych sytuacji i uczenie się, jak sobie z nimi radzić. A że 99% filmów tak naprawdę nie ma szans się wydarzyć… Cóż, dla mózgu nie ma to większego znaczenia. Być może horrory to swoisty rytuał przejścia z okresu dziecięcego do dorosłości. Dawniej mężczyzną stawał się ten, kto upolował mamuta, poddał się bolesnemu zabiegowi na oczach całego plemienia lub umiał walczyć mieczem. Dzisiaj ich odpowiednikiem może być stanięcie oko w oko z demonem na ekranie.

Czego się boimy?

Na co reagujemy instynktownym strachem? Na nagłe pojawienie się w polu widzenia czegoś dużego, na niespodziewany głośny lub nietypowy dźwięk, na widok węża… Wszystkie te bodźce sprawiają, że serce zaczyna nam szybciej bić i nagle stajemy się bardziej pobudzeni. Udowodniono też, że znacznie lepiej zapamiętujemy sytuacje, którym towarzyszy silne pobudzenie ciała migdałowatego. Nic dziwnego – dla naszych przodków pojawienie się każdej z nich mogło oznaczać zagrożenie. Jeśli się nie bali, nie mogli jej uniknąć lub wystarczająco szybko podjąć działania pozwalającego na ratowanie życia. “Drżyj lub giń” – chciałoby się przytoczyć tytuł znanego horroru. I chociaż dziś oko w oko z drapieżnikiem stajemy co najwyżej w zoo, a duża część z nas węża zobaczy tylko na obrazku, to jednak wydaje się że mechanizmy działania naszego mózgu ewoluują znacznie wolniej niż otoczenie w którym żyjemy.

Mimo wszystko nie jest tak źle – strach przydaje się nam także dzisiaj. Dzięki niemu unikamy potencjalnie niebezpiecznych sytuacji. Co więcej, jest on podstawą przestrzegania prawa. W końcu za każde przestępstwo czy wykroczenie grożą kary, których obawiamy się ponieść. W latach 70. XX wieku naukowcy przeprowadzili eksperyment, badając u grupy trzylatków intensywność reakcji na bodziec powodujący strach. Po dwudziestu latach okazało się, że ci, którzy jako dzieci bali się mniej, częściej zbaczali z drogi prawa. Wydaje się więc oczywiste, że jeśli konsekwencje danego czynu nie przerażają, zapewne zostanie on popełniony. Wszystko wskazuje więc na to, że żyjemy we względnym spokoju i bezpieczeństwie wcale nie dlatego, że jesteśmy rozsądni i kierujemy się rozumem. Wręcz przeciwnie – wszystko to zawdzięczamy spuściźnie po naszych prymitywnych, zwierzęcych przodkach, strachowi…

Dlaczego czasem za bardzo się boimy?

Potrzebujemy strachu, to nie ulega wątpliwości. Ale w nadmiarze wszystko szkodzi. O ile strach wynikający z realnego zagrożenia może uratować nam życie, to jednak odczuwany w sytuacji całkowicie bezpiecznej to życie utrudnia. Mowa tu o zaburzeniach, takich jak lęki i fobie. Czym różni się lęk od strachu? Reakcja organizmu jest właściwie taka sama: podniesienie tętna i ciśnienia krwi, zwiększenie wydzielania adrenaliny i kortyzolu, napięcie mięśni, odpływ krwi z przewodu pokarmowego… Inne są jednak przyczyny. Strach odczuwamy, gdy faktycznie coś nam zagraża. Natomiast źródło lęku, jak mówią psycholodzy, znajduje się w głowie. Mechanizm jego powstawania nie jest obecnie dokładnie znany, istnieje jednak na ten temat kilka hipotez.

Według jednej z nich wynika on z naszej zdolności do uczenia się. Jak wiadomo, najlepiej zapamiętujemy te sytuacje, które wiążą się z silnymi emocjami, szczególnie negatywnymi – konkretne okoliczności muszą budzić w nas strach, żebyśmy mogli następnym razem w porę ich uniknąć. Odpowiada za to ciało migdałowate, którego silna aktywacja jest swego rodzaju sygnałem dla hipokampa, mówiącym o konieczności dokładnego zanotowania danej sytuacji. Niestety, nasze wspomnienia bardzo często są niedokładne. Sprawia to, że możemy reagować strachem, a właściwie już lękiem, na czynniki, które mózg w jakiś sposób może powiązać z pierwotną przyczyną silnego strachu. Dobrym przykładem może być niezbyt humanitarny eksperyment przeprowadzony w latach 20. XX wieku przez psychologa Jamesa Watsona. Pokazywał on dziewięciomiesięcznemu chłopcu, nazywanemu Albertem, szczura, którym ten bardzo się interesował, po czym uderzał w znajdujący się za jego głową metalowy pręt. Głośny i nieprzyjemny dźwięk straszył chłopca. W końcu Albert skojarzył pojawianie się w zasięgu wzroku szczura z dźwiękiem i już na sam jego widok reagował krzykiem i płaczem. Co więcej, zaczął panicznie bać się wszystkiego, co przypominało sierść zwierzęcia: królików, futer, maski św. Mikołaja, a nawet zwykłej waty. Nie znamy dalszych losów Alberta, ale sam Watson w swojej publikacji przyznał, że najprawdopodobniej nigdy nie pozbędzie się on nabytych lęków. Być może chłopiec skojarzył przerażający dźwięk z cechą szczura, na którą w tamtych chwilach zwrócił największą uwagę – na jego futerko. Nie znając przyczyny hałasu, uznał, że ma on związek właśnie z nim i dlatego w przyszłości unikał wszystkich kudłatych rzeczy.

Inna hipoteza wiąże lęki ze stresem. Mózg w każdej sekundzie analizuje mnóstwo bodźców. Ciało migdałowate otrzymuje ogromną liczbę impulsów nerwowych dotyczących czynników ze środowiska i stanu fizjologicznego i psychicznego organizmu. W warunkach stresu, zwłaszcza przewlekłego, dociera do niego znacznie więcej takich impulsów niż normalnie. Zazwyczaj bowiem do akcji wkracza neuroprzekaźnik hamujący (kwas gamma-aminomasłowy, GABA), który ogranicza pobudliwość neuronów i sprawia, że zbędne sygnały po prostu nie są przekazywane dalej. Jednak przewlekły stres niejako wyłącza ten mechanizm kontrolny. Dochodzi wówczas do sytuacji, w której ciało migdałowate jest pobudzane mocniej, a to – jak wiadomo – wywołuje reakcję lękową.

Za skłonności do występowania zaburzeń lękowych mogą też odpowiadać błędy w funkcjonowaniu mózgu. Nie można mówić o konkretnych jego elementach, które mogłyby “włączać” lub “wyłączać” lęk (może z wyjątkiem ciała migdałowatego, ale całkowite zahamowanie jego aktywności, jak już wiemy, też nie prowadzi do niczego dobrego). Odpowiedzialne za lęk układy komórek są bardzo skomplikowane i trudne do wykrycia. Badania nad różnymi formami zaburzeń lękowych pozwoliły stwierdzić, że ich powstawanie wiąże się często że zbyt dużą aktywnością neuroprzekaźników pobudzających (dopaminy, noradrenaliny, acetylocholiny) oraz brakiem równowagi między nimi a sferą hamującą (głównie GABA).

Zaburzenia związane z odczuwaniem lęku mogą bardzo utrudnić życie. Od ciągłego napięcia nerwowego, zamartwiania się i poczucia, że musi wydarzyć się coś złego występującego w zespole lęku uogólnionego, poprzez reagowanie paniką na określoną sytuację lub przedmiot w fobiach, po uporczywe myśli i wykonywanie określonych czynności towarzyszące zaburzeniom obsesyjno-kompulsywnym (OCD). Objawy te są tym bardziej uciążliwe, że chory wie, iż jego reakcje są przesadzone i kompletnie nieadekwatne do wywołujących je bodźców, a mimo to nie jest w stanie ich powstrzymać. Niekiedy traumatyczne doświadczenia wywołują zespół stresu pourazowego (PTSD), który może skutkować dużymi zmianami w osobowości i przeżywaniem wciąż na nowo sytuacji, która spowodowała uraz.

Co zrobić, jeśli za bardzo się boimy?

Nie jest łatwo funkcjonować ze stale pobudzonym ciałem migdałowatym, powodującym poczucie zagrożenia. Zaburzenia związane z odczuwaniem lęku mogą nie tylko znacznie osłabić nasz komfort życia, ale także wręcz uniemożliwić nam funkcjonowanie, jeśli np. reagujemy paniką na perspektywę wyjścia z domu czy musimy co dwie minuty umyć ręce.

Istnieje wiele technik, które pomagają radzić sobie z lękiem. Często są podobne do sposobów pomocnych w zmniejszaniu skutków przewlekłego stresu: techniki relaksacyjne, muzykoterapia, medytacja. Warto też podejść do swoich obaw racjonalnie i spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie “Co właściwie stanie się, jeśli…”. Najczęściej, nawet po długim i wnikliwym analizowaniu, okaże się, że właściwie nic się nie stanie. A jeżeli już wymyślimy jakieś konsekwencje, to najprawdopodobniej będą one tak nieprawdopodobne, że sami dojdziemy do wniosku, że nie warto się nimi przejmować. Systematyczne stosowanie tej techniki w większości przypadków sprawia, że po jakimś czasie robimy taką analizę niejako automatycznie, a to pomaga nam zmniejszyć intensywność lęków. Wskazana jest też aktywność fizyczna i zbilansowana dieta, która dostarczy witamin i minerałów niezbędnych do funkcjonowania układu nerwowego i całego organizmu. Można też skorzystać z suplementów diety – nie tylko tych witaminowych, ale i takich, które zwiększą aktywność GABA (np. COMFORTIL™ MAX i RELATONIC™ MAX). W końcu ten neuroprzekaźnik odpowiedzialny jest za uspokajanie mózgu, które najwyraźniej szwankuje, skoro dręczą nas lęki.

Niekiedy jednak lęk jest tak silny, że “domowe sposoby” nie wystarczą, by sobie z nim poradzić. Wówczas konieczna jest wizyta u specjalisty: psychiatry lub psychologa. Psychoterapia te standardowe postępowanie w leczeniu zaburzeń lękowych. Dzięki niej można odnaleźć ich źródła, które czasami wcale nie są takie oczywiste. Był kiedyś przypadek mężczyzny, który bał się jeździć windami. Podczas terapii okazało się, że wszystkiemu winne jest ciężkie przeżycie z jego dzieciństwa – jako kilkuletni chłopiec wpadł do bagna i z trudem został uratowany, a wspomnienia korzeni roślin uniemożliwiające mu swobodne ruchy jego mózg w jakiś sposób skojarzył z niewielką przestrzenią windy. Uświadomienie sobie pierwotnej przyczyny problemów może wydatnie pomóc w ich zwalczeniu. W przypadku fobii stosuje się też technikę “odczulania”, polegającą na oswajaniu się z bodźcem, który powoduje lęk. Np. osoba cierpiąca na arachnofobię może na początku rozmawiać o pająkach, oglądać niewielkie okazy na obrazkach, potem w terrariach, a na końcu leczenia – nawet wziąć ośmionożne zwierzątko do ręki. Oczywiście, wszystko w warunkach kontrolowanych przez specjalistę. Istotą tego podejścia jest udowodnienie, że przerażające scenariusze, które kreuje mózg, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością – pająk np. nie urośnie nagle do monstrualnych rozmiarów i nas nie pożre. Jeśli więc będziemy stale kontaktować się z bodźcem wywołującym strach, a zagrożenie na nadejdzie, mózg w końcu nauczy się, że nie ma się czego bać. Psychiatra może natomiast zdecydować o włączeniu leczenia farmakologicznego – odpowiednie leki pomogą zapanować nad objawami lęków, podczas gdy na psychoterapii zmierzymy się z ich przyczyną.

Rzecz o której trzeba pamiętać – leczenie zaburzeń lękowych to długotrwały proces. Zazwyczaj bowiem im dłużej trwają objawy, tym trudniej jest je zniwelować – mózg uczy się pewnych schematów zachowań i utrwala je. Jednak właściwe podejście, tak terapeuty, jak i pacjenta, pozwala znacząco zwiększyć komfort życia tego drugiego i ostatecznie poradzić sobie z problemem.

PRZECZYTAJ TEŻ:


Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.