Neurofizjologia miłości

Z miłością jest tak, że niby wszyscy wiedzą, o co chodzi, ale właściwie nikt nie potrafi jednoznacznie powiedzieć, co to jest. To znaczy, wiadomo – uczucie najpiękniejsze ze wszystkich, skłaniające do sporych poświęceń i objawiające się motylkami w brzuchu, szybszym biciem serca, bezsennością i pragnieniem nieustannego przebywania przy ukochanej osobie. Największym uznaniem cieszy się, oczywiście, prawdziwa miłość, ale jej zdefiniowanie jest chyba w ogóle niemożliwe. Filozofowie, wszelkiego rodzaju artyści, psycholodzy, ewolucjoniści i antropolodzy rozpisują się o niej od wieków. Neurolodzy też mają w tej dziedzinie coś do powiedzenia.

Neuroprzekaźnictwo miłości

Niektórzy porównują miłość do narkotyku. Konkretnie – do kokainy, która jest silnym inhibitorem wychwytu zwrotnego dopaminy i noradrenaliny. Wskutek tego pojawia się euforia, poczucie wewnętrznej mocy, pobudzenie ruchowe, ale też huśtawki nastrojów, niepokój, bezsenność czy brak apetytu. Wygląda na to, że nie trzeba aplikować sobie białego proszku, aby to wszystko poczuć – w końcu takie same są objawy zakochania. Ten stan też wpływa na poziom neuroprzekaźników. Tylko co jest w tym przypadku przyczyną, a co skutkiem? Istnieje wiele teorii dotyczących tego, jak wybieramy sobie partnerów. Jedne mówią, że wybieramy osoby podobne do nas, inne – że wręcz przeciwnie, pociąga nas odmienność. Niektórzy włączają w to nawet główny układ zgodności tkankowej (MHC) mówiąc, że w jakiś sposób wyczuwamy potencjalnego partnera z genami jak najbardziej odmiennymi od naszych. Oczywiście, wszystko po to, aby w razie czego uniknąć płodzenia potomstwa z kimś blisko spokrewnionym. Niewątpliwie duże znaczenie mają feromony, które wysyłamy i odbieramy nieświadomie i które również pomagają nam ocenić atrakcyjność drugiej osoby.

Cokolwiek sprawia, że wybieramy tę jedyną lub tego jedynego – strzała Amora czy feromony – powoduje w naszym mózgu określone reakcje i produkcję określonych substancji. Najpierw pojawia się fenyloetyloamina (PEA) i w zasadzie to ona jest najważniejsza w całej neurochemii miłości. Produkuje ją pień mózgu, a więc jego ewolucyjnie najstarsza część, która odpowiada za kontrolę najważniejszych procesów życiowych. To działanie PEA sprawia, że czujemy się zakochani. To ona aktywuje układ nagrody zawsze wtedy, kiedy ukochana osoba jest blisko, dlatego też dążymy do jak najczęstszych spotkań. Cóż, wygląda to trochę tak, jakbyśmy uzależniali się od potencjalnego partnera, zupełnie jak od narkotyku… I jest w tym trochę racji, bo to właśnie PEA odpowiada za stan euforii i wszystkie inne objawy kojarzone tradycyjnie z zakochaniem (lub z efektami przyjmowania substancji psychoaktywnych).

Fenyloetyloamina sama w sobie działa jako neuroprzekaźnik, a dodatkowo aktywuje inne szlaki neurotransmisji. Wpływa bowiem na zwiększenie uwalniania dopaminy, noradrenaliny i serotoniny. Dopamina kontroluje obszary mózgu związane z odczuwaniem przyjemności oraz planowaniem ruchów. Jej współdziałanie z PEA jest źródłem odczuć interpretowanych jako miłość. Motywuje też do działania, w tym przypadku do poszukiwania okazji do przebywania jak najbliżej ukochanej osoby. Serotonina daje poczucie szczęścia i wewnętrznego komfortu. A ponieważ wydzielana jest pod wpływem PEA, czyli w towarzystwie naszej drugiej połówki, po prostu czujemy, że to właśnie przy niej jest nasze miejsce, bo najlepiej jest nam właśnie wtedy. Noradrenalina jest z kolei powodem, dla którego serce bije nam szybciej (swoją drogą – ciekawe, że to ten objaw musiał być najbardziej zauważany na przestrzeni wieków, skoro to właśnie serce zostało symbolem miłości), nie mamy apetytu, a na widok ukochanej/ukochanego dostajemy rumieńców. Cierpi trochę nasza zdolność do logicznego myślenia i pojawiają się objawy podobne do występujących w zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych (OCD) – stajemy się wybitnie monotematyczni i nie możemy myśleć o niczym innym niż obiekt naszych uczuć.

Miłość, seks i mózg

Wzrost poziomu PEA, dopaminy i noradrenaliny w mózgu skutkuje też zwiększeniem produkcji testosteronu i estrogenów. Między dwojgiem ludzi pojawia się pociąg seksualny. Prędzej czy później lądujemy więc z drugą połówką w łóżku, a w naszych mózgach odbywa się prawdziwa burza. Co ciekawe, w stanie podniecenia zmniejsza się aktywność tej części płata czołowego, która prawdopodobnie odpowiada za kontrolowanie i hamowanie pewnych zachowań, a której pobudzenie wiąże się z odczuwaniem wstydu. Podobnie rzecz ma się z ciałami migdałowatymi, których aktywacja najczęściej powoduje niepokój i lęk – one również się uspokajają. Stężenie dopaminy jest wysokie, zwłaszcza na początku stosunku. Po osiągnięciu orgazmu spada, a jej miejsce zajmuje serotonina i endorfiny. Te ostatnie oddziałują na te same receptory, co morfina i heroina, mamy więc do czynienia z kolejnym narkotycznym efektem miłości. Wskutek tego pojawia się uczucie przyjemności, harmonii i spokoju. Po udanym stosunku ich poziom we krwi jest nawet dwukrotnie wyższy niż w normalnych warunkach. Orgazm wywołuje też wyrzut oksytocyny, hormonu wytwarzanego przez podwzgórze. Ona też działa przeciwlękowo i współodpowiada za odprężenie następujące po akcie miłosnym. Podnosi się wówczas również stężenie prolaktyny, która odpowiada za stan zaspokojenia seksualnego. Po naprawdę intensywnym szczytowaniu jej zwiększona ilość może utrzymywać się nawet do dwóch tygodni.

Hormony miłości i wierności

Powszechnie uważa się, że po dwóch latach związek jest “dojrzały”, a cztery lata to dla niego moment krytyczny. Zazwyczaj bowiem to właśnie wtedy kończy się faza zakochania. Wszystko dlatego, że mózg przyzwyczaja się do działania PEA i sama obecność drugiej połówki nie jest już wystarczającym bodźcem, by odczuć taką samą euforię jak na początku (i znowu – czy nie przypomina to uzależnienia od narkotyków?). Naukowcy stwierdzili, że tolerancja ta pojawia się zwykle pomiędzy 18. a 48. miesiącem związku. Ci, którzy są zdania, że miłość wyewoluowała u naszych przodków jako narzędzie ułatwiające wspólną opiekę nad potomstwem, mają dla tego faktu uzasadnienie. Otóż stopień rozwoju naszych noworodków nie pozwala im na samodzielne przetrwanie. Wymagają one stałej opieki jeszcze przez co najmniej kilka lat, dopóki nie zaczną się samodzielnie przemieszczać i jeść pokarm taki sam, jak dorośli. Stąd obecność obojga rodziców w pierwszych latach życia dziecka jest sporym ułatwieniem i zwiększa jego szanse na przetrwanie, a potem właściwie nie jest już konieczna i obydwoje mogą szukać sobie nowych partnerów.

Wiadomo, że nie każdy związek rozpada się po dwóch-czterech latach. Ale z całą pewnością nasze uczucia zaczynają się wówczas zmieniać. Partner przestaje już być idealny, zaczynamy dostrzegać jego wady. Nie odczuwamy już tak mocno radości z przebywania tuż obok, nie jest już tak romantycznie i wyjątkowo… Ale i w tym czasie nasz mózg ma w zanadrzu coś, co pozwala związkowi przetrwać tę fazę “otrzeźwienia” i wejść w etap “dojrzałej miłości”. Mowa tu o hormonach produkowanych przez podwzgórze: oksytocynie i wazopresynie. Oba mają bardzo duże znaczenie jeśli chodzi o kontrolę procesów fizjologicznych. Oksytocyna kontroluje akcję porodową i laktację, natomiast wazopresyna stymuluje resorpcję wody w kanalikach nerkowych. I tutaj ujawniają się różnice między kobietami a mężczyznami: u pierwszych większe znaczenia ma oksytocyna, u drugich zaś wazopresyna.

Oksytocyna, poza sytuacjami związanymi z porodem i karmieniem piersią, wydzielana jest w największej ilości w czasie orgazmu. Bierze udział w tworzeniu się więzi pod wpływem kontaktu fizycznego, dlatego jest wykorzystywana do cementowania niejako dwóch typów relacji: między partnerami oraz między matką a dzieckiem. Ewolucja jest, jak widać, oszczędna – jeśli może wykorzystać coś na różne sposoby, z pewnością to zrobi. Może to również być wytłumaczeniem faktu, że pieszczenie piersi sprawia kobietom przyjemność – w końcu drażnienie sutków pobudza uwalnianie tego hormonu. Choć to panie są wrażliwsze na jego działanie, panowie również nie pozostają na nie obojętni. Wyniki badań wykazały, że mężczyźni żyjący w związkach (monogamicznych, oczywiście) po podaniu oksytocyny wykazywali mniejsze zainteresowanie podczas pierwszego spotkania z atrakcyjną kobietą, niż ci, którym hormonu nie podano.

Ale tak naprawdę to wazopresyna jest “męskim hormonem wierności”. Bierze ona udział w łączeniu wspomnień o wspólnie przeżytych chwilach przyjemności z osobą partnera, a tym samym – w budowaniu trwałych więzi. Ciekawe wyniki odnośnie jej działania otrzymano w badaniach nad nornikami. Norniki preriowe tworzą związki monogamiczne, w których samce pomagają w opiece nad potomstwem, inicjują kontakty intymne dla przyjemności i w ogóle okazują sobie sporo czułości. Spokrewniony z nimi gatunek norników łąkowych to ich całkowite przeciwieństwo – są promiskuityczne (nie tworzą stałych związków) i preferują życie w samotności. Jednak gdy za pomocą specjalnego wektora (przenośnika) wirusowego podano im do mózgu DNA kodujące receptory wazopresyny, ich zachowanie całkowicie się zmieniło: norniki łąkowe zaczęły łączyć się w stałe pary.

Jak miłość zmienia mózg?

Jak działa zakochany mózg? Najprościej mówiąc – inaczej niż niezakochany. I zostało to udowodnione za pomocą badania funkcjonalnym rezonansem magnetycznym (fMRI). To, że pewne obszary mózgu aktywowane są bardziej, kiedy patrzymy na zdjęcie ukochanej osoby, wydaje się oczywiste – w końcu jej widok wywołuje wyrzut dopaminy i wszystkich innych neuroprzekaźników związanych z odczuwaniem przyjemności. Udowodniono jednak, że nawet gdy nie widzimy i nie słyszymy naszej drugiej połówki, nasz mózg funkcjonuje inaczej niż zanim się zakochaliśmy. Badaniu poddano grupę stu osób, spośród których część była zakochana, część niedawno zakończyła związek, a część nigdy nie była w romantycznej relacji. Ochotnicy nie myśleli podczas badania o niczym konkretnym i nie wykonywali żadnych zadań. Okazało się, że u osób zakochanych aktywność neuronów w obszarach odpowiedzialnych za odczuwanie przyjemności, motywację, emocje i interakcje społeczne była znacznie większa niż w pozostałych grupach i tym wyższa, im dłużej to zakochanie trwało. U tych zaś, którzy zakończyli związek, obszary te były najmniej aktywne.

Obszary, których neurony pracują u zakochanych intensywniej, to jądra podstawne, kora przedczołowa ciało migdałowate, hipokamp, zakręt obręczy i w ogóle cały płat limbiczny, zwany też wyspą. Uważa się, że pełnią one istotne funkcje w przetwarzaniu emocji i informacji pochodzących z narządów zmysłów, a także w aktywacji procesów związanych z motywacją i odczuwaniem przyjemności. Ciało migdałowate związane jest głównie z uczuciami takimi jak strach i smutek. Jego pobudzenie znacznie się zmniejsza, gdy patrzymy choćby na zdjęcie ukochanej osoby. Zakręt obręczy bierze udział w zdolności do analizy stanów emocjonalnych własnych oraz innych osób. Zwróćmy uwagę na to, że wzrost jego aktywności był wprost proporcjonalny do czasu trwania związku, a więc zapewne też i uczucia. Być może z tego właśnie wynika fakt, że w długotrwałych relacjach wystarczy już jeden rzut oka na twarz partnera, by wiedzieć, w jakim jest nastroju. Jądra podstawne są związane z działaniem układu nagrody. Płat limbiczny uważany jest za ośrodek subiektywnych odczuć, świadomości doznań, intencji i wyborów, percepcji czasu i oczekiwań. Szczególnie oglądanie zdjęcia drugiej połówki aktywuje ten obszar. Wzrost pobudzenia neuronów w korze przedczołowej przypisuje się zaś częstemu analizowaniu przez zakochanych emocji pojawiających się u siebie i u drugiej osoby oraz przygotowywaniu strategii rozwiązywania konfliktów. Pomagają one też wybierać ważne informacje i ignorować inne, w sytuacji gdy mogą nas denerwować pewne zachowania drugiej osoby, ale generalnie przebywanie z nią stanowi dla nas przyjemność, dla której godzimy się na te irytujące drobiazgi.

Kiedy miłość się kończy

Może to smutne, ale prawda jest taka, że nie każda miłość przetrwa wieki. Czasem koniec przychodzi wraz z zakończeniem euforii wywołanej przez PEA. Niekiedy winny jest brak bliskości i związanych z nią hormonów. Przyczyną zakończenia romantycznej relacji może też by fakt, że przywiązanie rozwinęło się tylko u jednej osoby, podczas gdy druga go nie odczuwa. Po latach może się także okazać, że po fazie stabilizacji nadszedł okres nazywany fazą pustego związku, w której jedynym czynnikiem utrzymującym dwoje ludzi przy sobie jest przyzwyczajenie.

Bez względu na przyczynę, zakończenie związku to jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń, jakie mogą pojawić się w życiu. I to dosłownie bolesnych – obrazowanie za pomocą fMRI wykazało, że przez pewien czas po zerwaniu obszary mózgu rejestrujące ból są aktywniejsze niż zwykle. Tak więc cierpienie po rozstaniu nie jest tylko wytworem wyobraźni, ale ma wymiar rzeczywisty, podobnie jak więź, która powstała w mózgu. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy to my zostajemy porzuceni. Ale nie tylko porzuceni cierpią. Jeśli to my zrywamy, nasz mózg również musi poradzić sobie z brakiem dotychczasowej stymulacji. Być może będziemy mieć z tym mniejszy problem niż nasza eks-druga połówka, bo skoro zdecydowaliśmy się na ten krok, musiała istnieć ku temu przyczyna w postaci niezbyt silnej więzi. Niemniej jednak i u nas może pojawić się fizyczne cierpienie.

Na więź łączącą nas z partnerem składają się wspomnienia, ważne choćby ze względu na emocjonalny kontekst, do których nieustannie powracamy. Dowody znowu pochodzą z badania MRI – tym razem poddano mu osoby, których związek niedawno się zakończył. Aktywność ich mózgu na widok zdjęcia byłego partnera bardzo przypominała reakcje charakterystyczne dla fazy zakochania. Podobnie jak wtedy, zaczynamy mieć niemalże obsesję na punkcie jednej konkretnej osoby. Wszystko dlatego, że – nawet jeśli wcześniej wydawało się, że między nami a naszą drugą połówką właściwie nic już nie ma – mózg wciąż domaga się bodźców, które wcześniej regularnie otrzymywał. To brzmi tak, jakby chodziło o próbę zerwania z nałogiem. I jest tak w rzeczywistości – już wcześniej dowiedzieliśmy się, że aktywność mózgu na kokainie niewiele różni się od jego funkcjonowania pod wpływem miłości. Wyniki otrzymane przez naukowców świadczą o tym, że swoisty “detoks” po zakończeniu związku trwa średnio trzy miesiące.

Nootropowa miłość

Czy warto kochać? Oczywiście, że tak. Miłość jest wartością samą w sobie. Ale nie oznacza to, że nie ma innych korzyści z bycia zakochanym, pomijając oczywiście możliwość przekazania swoich genów następnemu pokoleniu. Istnieją bowiem dowody na to, że miłość, choć może początkowo zdaje się ogłupiać, to jednak w ogólnym rozrachunku znakomicie wpływa na zdolności poznawcze.

W jednym z badań poproszono ochotników, aby wyobrażali sobie romantyczny spacer z ukochaną osobą lub seks bez miłości i zobowiązań. Następnie zaś wszyscy otrzymali do rozwiązania problemy wymagające różnego podejścia. Okazało się, że pierwsza grupa znacząco lepiej poradziła sobie z zadaniami, do wykonania których trzeba było zastosować podejście holistyczne i kreatywność. Dla drugiej zaś łatwiejsze były te problemy, które można było rozwiązać myśląc, analitycznie i skupiając się na szczegółach. Autorzy eksperymentu przypuszczają, że czynnikiem, który za to odpowiada, jest różnica w podejściu do miłości i do seksu jako takiego. Myśląc bowiem o miłości, skupiamy się raczej na planowaniu długoterminowych celów (np. wyobrażamy sobie, że siedzimy z ukochaną osobą już jako emeryci na werandzie domku na wsi i obserwujemy zachód słońca trzymając się za ręce). Seks jest natomiast aktywnością, która ma miejsce w konkretnym momencie. Aby doprowadzić do zaspokojenia pożądania, należy opracować konkretną strategię, sposób działania. Co ciekawe, okazało się również, że romantycy mają lepiej – efekt zwiększonej kreatywności występował tylko u osób, które wierzyły w “wieczną, nieskończoną miłość”. Być może osoby, które są przekonane, że uczuciowa sielanka nie będzie trwała w nieskończoność, mają większy poziom lęku, co przeszkadza umysłowi swobodnie działać.

W innym badaniu skupiono się na zmierzeniu stężenia czynnika wzrostu nerwów (NGF, ang. nerve growth factor) u osób będących w związku krótko (do pół roku) lub długo (minimum rok lub dwa), a także u singli. Osoby mające drugą połówkę dodatkowo wypełniły też kwestionariusz służący do oceny poziomu namiętności w związku. Okazało się, że korelował on ze stężeniem NGF – oba były najwyższe u tych, którzy przeżywali najbardziej romantyczne chwile. Dlaczego tak się dzieje? Właściwie do końca nie wiadomo. Pewne jest jednak, że NGF ma związek z emocjami odczuwanymi na wczesnym, romantycznym etapie relacji. Udowodniono również, że stymuluje on wydzielanie wazopresyny, a więc może wpływać na powstawanie więzi między partnerami. Jest także niezbędny do prawidłowego przebiegu procesów neurogenezy (powstawania nowych komórek nerwowych) i neuroplastyczności (tworzenia się połączeń między neuronami), a więc sprzyja zapisywaniu w pamięci nowych informacji i ułatwia uczenie się.

Jeśli już mowa o fazie zakochania, wróćmy na chwilę do związanych z nią neuroprzekaźników. PEA i dopamina same w sobie wspierają zdolności poznawcze. Ponadto bardzo dobrze działają na nastrój, zmniejszając uczucie lęku. Już to może korzystnie wpłynąć na zdolności poznawcze. Podobnie działa oksytocyna, która dodatkowo zwiększa aktywność dopaminy w układzie nagrody. PEA ma też jeszcze jedną właściwość – wspomaga neuroprzekaźnictwo cholinergiczne. Acetylocholina jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania pamięci, a więc do zapamiętywania i przypominania sobie informacji. Pozwala także łatwiej kojarzyć fakty i odbierać emocje innych, co może być źródłem zwiększonej inteligencji społecznej u zakochanych.

Ale dobroczynny wpływ NGF i PEA nie trwa długo. Jak wiadomo, na drugą z tych substancji uodparniamy się po jakichś dwóch latach, więc efekt jej działania na neurony także z czasem zanika. Co do NGF – badanie, o którym mówiliśmy powtórzono u świeżo zakochanych po upływie roku. U części z par poziom namiętności obniżył się, a wraz z nim stężenie NGF i to o prawie połowę. Cóż, wygląda na to, że największą sprawnością umysłu mogą cieszyć się ludzie, którzy nie przepadają za stabilizacją i co kilka lat zmieniają partnerów… Oczywiście, to tylko luźny wniosek, który wcale nie musi mieć wiele wspólnego z prawdą.

Kochać czy nie kochać?

Oto jest pytanie… A odpowiedź jest bardzo prosta: oczywiście, że kochać. Nawet, jeśli miłość wiąże się z (czasową) niemożliwością skupienia się na czymkolwiek poza partnerem, powoduje huśtawki nastrojów i zaburzenia apetytu i nawet, jeśli została przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) sklasyfikowana jako jednostka chorobowa (z numerem F63.9: zaburzenia nawyków i popędów, nie określone). W końcu dzięki niej przeżyjemy najpiękniejsze chwile w życiu. Co innego da nam taką radość, jak przytulenie ukochanej osoby, której nie widziało się całe wieki od ostatniej randki (czyli od dwóch dni)? Czy jakikolwiek dźwięk będzie przyjemniejszy dla ucha niż słowa “kocham cię” usłyszane od drugiej połówki? A że z czasem to przechodzi – nic straconego. Nawet w związku z kilkunastoletnim stażem można na nowo rozbudzić początkowy ogień i “neuroprzekaźnikowy haj”, nauka zna takie przypadki.

Tylko czy taka miłość sprowadzona do wyładowań elektrycznych i wydzielania określonych związków chemicznych to wciąż jeszcze ten sam fenomen, nad którym rozpływają się poeci i który nieustannie stanowi koło napędowe dla wszelkich gałęzi sztuki? Oczywiście. W końcu wszystko co widzimy, słyszymy i czujemy, to jak postrzegamy świat, to właśnie efekt tych prozaicznych reakcji kłębowiska neuronów wewnątrz naszej czaszki. Ale czy przez to otaczająca nas rzeczywistość i nasze emocje stają się w jakiś sposób mniej prawdziwe? Na to pytanie niech odpowiedzą słowa znanej pisarki, J.K. Rowling:

“- Niech mi pan powie jeszcze tylko jedno – odezwał się Harry. – Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej głowie?
(…)
– Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie, Harry, tylko skąd, u licha, wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?”

PRZECZYTAJ TEŻ:


Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.