Neurofizjologia agresji

Już nawet małe dzieci wiedzą, że dwoma kluczowymi narządami, niezbędnymi do życia są serce i mózg. Serce utożsamia się tradycyjnie z uczuciami, często wyrażanymi w sposób impulsywny i niekontrolowany, natomiast chłodny i opanowany mózg jest siedliskiem myśli, inteligencji i zdrowego rozsądku. Neurobiologia jednak przenosi to tradycyjne “serce” wyżej, do wnętrza czaszki. Odarte z romantycznej otoczki, przybiera ono postać pnia mózgu i układu limbicznego, nazywanych też mózgiem gadzim i ssaczym. Mózg, choć ograniczony w tym przypadku jedynie do najbardziej widocznych pofałdowanych półkul, pozostaje na swoim miejscu i dalej pełni przypisywane mu tradycyjnie funkcje.

Ile właściwie mamy mózgów?

Tak więc – mamy trzy mózgi. Struktury wchodzące w skład pierwszego z nich, tworzące pień mózgu, są dobrze rozwinięte już u gadów. Stąd też nazwa “mózg gadzi”. To właśnie tu docierają najważniejsze informacje ze wszystkich narządów zmysłów, a także te o funkcjonowaniu narządów wewnętrznych. Stąd też wychodzą komendy do całego organizmu: te, których jesteśmy świadomi, ale też te, z których istnienia nie zdajemy sobie zazwyczaj sprawy. To właśnie on odpowiada za przetrwanie organizmu. W sytuacji zagrożenia życia dochodzi do głosu i wymusza jedną z trzech reakcji z pakietu zwanego w języku angielskim 3xF: ucieczkę, walkę lub zastyganie w bezruchu (flight, fight, freeze). Mózg ssaczy, czyli układ limbiczny, odpowiada za emocje i zachowania społeczne. To on jest źródłem strachu i wstrętu, ale też radości i miłości. I wreszcie trzeci, śmiało można powiedzieć, że nasz ulubiony, którego posiadaniem się szczycimy – mózg naczelnych, czyli kora nowa. Sprawuje najwyższą kontrolę nad mięśniami (choć nie wszystkimi), analizuje bodźce zmysłowe, myśli, tworzy sztukę, poezję i naukę, a wręcz rządzi światem.

Często chcielibyśmy myśleć, że posiadając ten trzeci mózg, najwyższy i najbardziej rozwinięty, nie potrzebujemy już dwóch wcześniejszych. O ile pozwalamy czasem dojść do głosu emocjom, to jednak najbardziej pierwotne popędy staramy się zdusić w zarodku. Instynkty te dają jednak o sobie znać, czego wyrazem jest choćby odczuwana przez nas niejednokrotnie chęć, by rzucić się na denerwującą nas osobę i uczynić jej bliżej nieokreśloną krzywdę.

Agresja – co to jest i po co to jest?

Słowo “agresja” pochodzi od łacińskiego aggredior – zaczepiać, napadać, nacierać. Najprostsza jej definicja to “zachowanie mające na celu wyrządzenie krzywdy innemu organizmowi”. Niektórzy naukowcy uważają ją za reakcję na określone bodźce pochodzące ze środowiska. Niewątpliwie jest ona jedną z trzech podstawowych reakcji na zagrożenie życia, ale pojawia się także w innych okolicznościach. Obserwując zwierzęta, dochodzimy do wniosku, że zawsze ma zwiększyć szanse na przetrwanie i przekazanie swoich genów następnemu pokoleniu.

Zwierzęta wyrządzają sobie wzajemnie krzywdę, gdy polują lub walczą między sobą, o terytorium, pokarm czy samice. No i kiedy inny osobnik próbuje podważyć ich pozycję w hierarchii stada. Wygrana w takich sytuacjach pozwala im przetrwać, przegrana to często wyrok śmierci. Wyższy poziom agresji pozwala walczyć z większą skutecznością, wygląda więc na to, że jest on cechą pożądaną w świecie zwierząt. I to nie tylko u ssaków. Badania wykazały, że aby wykazywać takie zachowania, nie trzeba nawet mieć mózgu. Agresywne są nawet ukwiały i koralowce. Czyżby więc agresja była najbardziej pierwotnym instynktem, starszym niż wszystkie inne?

Czy człowiek jest gatunkiem agresywnym?

Zwierzęta to jedno, ale ludzie to zupełnie inna sprawa. Agresja jest u nas kojarzona negatywnie. Jesteśmy cywilizowani i w naszych społeczeństwach nie zdobywa się pozycji poprzez szczerzenie kłów. Mamy przecież kodeksy prawne, które przewidują kary za agresywne zachowania… Ale jednocześnie to właśnie my spośród wszystkich organizmów na ziemi prowadzimy najbardziej wyniszczające wojny w obrębie własnego gatunku. A jeśli nawet oficjalnie nie prowadzimy wojen, to i tak wciąż mamy do czynienia ze starciami grup, takich jak pseudokibice. A jeśli nawet nie krzywdzimy się fizycznie, to równie brutalnie napadamy na naszych oponentów w burzliwych internetowych dyskusjach. Wydaje się, że nawet najbardziej pokojowo nastawieni z nas od czasu do czasu potrzebują choćby namiastki agresji, jaką daje oglądanie brutalnych filmów czy zmasakrowanie wirtualnego przeciwnika w grze komputerowej. I w dodatku wszystko to sprawia nam przyjemność.

Czyżbyśmy więc również byli zaprogramowani do agresji? Jeśli weźmiemy pod uwagę badania kanadyjskich naukowców, dojdziemy do wniosku, że zapewne tak właśnie jest. Zbierali oni bowiem dane o zachowaniu grupy dzieci w wieku 12-17 miesięcy – 80% z nich wykazywało zachowania agresywne. Przez następne 10 lat dzieci uczą się jednak kontrolować i odsetek ten zmniejsza się do ok. 16% po 11. roku życia. Zatem wygląda na to, że mamy, jako gatunek, pewne predyspozycje do agresji.

U zwierząt często jest tak, że te wyposażone przez ewolucję w broń (rogi, pazury, kły) używają ich wobec przedstawicieli własnego gatunku znacznie oszczędniej niż wobec wrogów spoza niego. Można więc założyć, że istnieje pewna wewnętrzna bariera powstrzymująca je przed zachowaniami, które mogłyby prowadzić do częstej śmierci z powodu wewnątrzgatunkowych konfliktów, a tym samym do osłabienia populacji. Obserwuje się to np. u jeleni, których samce zaczynają potyczki od długiej prezentacji swojej broni w pozycjach mających podkreślić ich siłę. Do bezpośredniego starcia dochodzi zaś u nich w ostateczności. Jest to też analiza zysków i strat – właściwie nie opłaca się wdawać w bójkę z kimś, kogo może i pokonamy, ale sami też możemy wyjść z licznymi ranami. Ludzie nie mają specjalnie wykształconych zabójczych narządów. Nasze pięści, nogi czy nawet zęby nie są zazwyczaj na tyle groźne, żeby wyrządzić oponentowi poważną krzywdę. Być może dlatego miewamy tylko niewielkie skrupuły przed krzywdzeniem się nawzajem.

Oczywiście, sytuacja zmieniła się, kiedy odkryliśmy, że celny rzut kamieniem czy dźganie przeciwnika kijem daje sporą przewagę. Wydaje się, że technologia, którą tworzymy ewoluuje szybciej niż nasz mózg – zyskaliśmy zabójcze narzędzia, ale nie zdążyliśmy nauczyć się nie używania ich wobec siebie nawzajem, tak jak jelenie swoich rogów. Być może w pierwotnych społeczeństwach łowców-zbieraczy nie był to duży problem, bo nagle napotkana inna grupa mogła rzeczywiście mieć wrogie zamiary, jak to bywa niekiedy u małp. Poza tym takie grupy składały się głównie z osób ze sobą spokrewnionych, a wszyscy wiemy, że łatwiej przychodzi jednak krzywdzenie obcych niż rodziny (co jest zupełnie zrozumiałe, jako że rodzina ma częściowo nasze geny, a przecież naszym celem jest to, żeby nasze geny przetrwały). Potem wymyśliliśmy rolnictwo i zaczęliśmy żyć w większych społeczeństwach, których nie łączyły już więzy krwi. Łatwo wyobrazić sobie, co działoby się, gdybyśmy nie wymyślili czegoś, co pohamuje nasze zwierzęce zapędy. Z pomocą przyszedł nam nowo rozwinięty duży płat czołowy, dzięki któremu opracowaliśmy zasady prawne regulujące, kiedy wolno nam być agresywnymi, a kiedy nie.

Czy agresja jest zawsze taka sama?

Na pewno przy zachowaniach agresywnych zawsze chodzi o wyrządzenie krzywdy innej jednostce. Jednak można wyróżnić pewne jej typy. Niektórzy specjaliści dzielą agresję na proaktywną (instrumentalną, ofensywną) i reaktywną (afektywną, obronną), zależnie od tego czy jest ona wynikiem celowego działania, np. polowania, czy też reakcją na okoliczności, np. atak innego osobnika. Obserwując zachowanie zwierząt, wyróżniono też kilka rodzajów agresji w oparciu o towarzyszące jej okoliczności. Możemy więc mieć do czynienia z agresją wywołaną strachem (będąca odpowiedzią na atak), macierzyńską (w obronie młodych), międzysamczą (obserwowaną zwykle u gryzoni i skierowaną przeciwko innemu samcowi tego samego gatunku), agresją wywołaną irytacją (będącą odpowiedzią na powtarzający się czynnik, który z czasem skutkuje zachowaniem obronnym), związaną z zachowaniami seksualnymi (obserwowaną u niektórych zwierząt i człowieka), terytorialną (wykazywaną w celu obrony swojego terytorium) i łowiecka (podczas polowania).

W badaniach dotyczących zachowań ludzkich mówi się często o agresji reaktywnej, której towarzyszą silne emocje i która jest trudna do opanowania, oraz o agresji planowanej – dokonywanej z premedytacją, nacechowanej emocjami znacznie słabszymi. Te dwa typy mają swoje odbicie także w różnych systemach prawnych, w których rozróżnia się przestępstwa popełnione w afekcie lub z premedytacją – zazwyczaj za te drugie grozi surowsza kara. Mamy także agresję bezpośrednią, czyli czynności prowadzące wprost to wyrządzenia krzywdy, oraz pośrednią, która opiera się na postępowaniu mającemu w konsekwencji zaszkodzić drugiej osobie, np. poprzez wykluczenie go z grupy społecznej. Niektórzy podkreślają związane z płcią tendencje do wybierania jednej lub drugiej formy agresji – bezpośrednia jest wówczas typowo męskim, zaś bezpośrednia kobiecym zachowaniem. Największą rozbieżność obserwuje się w tym zakresie u dzieci w wieku szkolnym: chłopcy częściej wdają się w bójki, zaś dziewczynki walczą raczej na słowa niż na pięści. Jednak w innych grupach wiekowych nie obserwuje się tak znacznego zróżnicowania. Nie wiadomo zatem czy mamy tu do czynienia z wrodzonymi mechanizmami, czy też z uwarunkowaniami kulturowymi i społecznymi.

Gdzie siedzi źródło agresji?

W głowie, oczywiście. A dokładniej – w naszym gadzim mózgu, czyli w pniu. Bardzo ciekawe są też kontrolujące ją mechanizmy, w których uczestniczą neurony układu limbicznego i płata czołowego. To od ich współdziałania zależy nasza ostateczna reakcja na bodziec. Jak już wiemy, pień mózgu i układ limbiczny to ewolucyjnie stare struktury. One niejako wyzwalają zachowania agresywne, natomiast rolą znacznie młodszego płata czołowego jest ich hamowanie. Niekiedy bywa to trudne, zważywszy na fakt, że wszelkie informacje o czynnikach zewnętrznych docierają najpierw do starszych części mózgu, zaś dopiero potem do analizującej je “na zimno” kory nowej. Szczególnie dotyczy to danych, które mogą być istotne ze względu na przeżycie – lepiej, żebyśmy błyskawicznie reagowali na zagrożenia. W obecnych czasach rzadko znajdujemy się w sytuacji bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia, ale przecież obserwujemy gwałtowne reakcje także w innych przypadkach. Badacze zwrócili uwagę na to, że agresję wywołuje też ryzyko utraty pozycji w “stadzie”, zagrożenie naszej osobistej godności, samooceny czy po prostu obrazu własnej osoby – reakcje mózgu są w takich przypadkach porównywalne do odpowiedzi na fizyczny atak. Mówiąc obrazowo, nasz gadzi i ssaczy mózg chciałby najpierw strzelać, a dopiero potem zadawać pytania, gdy tylko dostrzeże coś, co mu nie pasuje. Mózg naczelnych, czyli m.in. płat czołowy, musi zatem błyskawicznie przeprowadzić analizę potencjalnych zysków i strat, co pozwoli ocenić czy np. na obelgę zareagować celnym ciosem w podbródek, słowną ripostą, czy też pełnym wyższości milczeniem. Co ciekawe, zaobserwowano też, że za agresję planowaną odpowiadają inne struktury mózgu niż za agresję reaktywną, a także że wyciszają się one wzajemnie. Jest to bardzo istotne, zwłaszcza w kontekście tego, że gwałtowna, niekontrolowana reakcja może przynieść negatywne skutki, jeśli nastąpi podczas czynności wymagających wprawdzie agresji, ale też chłodnego i planowego działania, np. podczas operacji wojskowych lub policyjnych.

Wszystkie te mechanizmy i struktury podlegają dynamicznej kontroli poprzez uwalnianie odpowiednich neuroprzekaźników. Dwoma podstawowymi związanymi z reakcją agresywną są dopamina i noradrenalina. Obie są niezbędne do wystąpienia takiego zachowania. Trzecim neuroprzekaźnikiem sfery pobudzającej biorącym udział w regulacji agresji jest glutaminian. Pobudzenie jednych z jego receptorów, NMDA, wpływa na aktywność ciała migdałowatego, hamując agresję ofensywną, ale wzmagając obronną. Niejako na drugim biegunie mamy neuromediatory sfery hamującej: opioidy, GABA i serotoninę. Wszystkie zmniejszają pobudzenie komórek nerwowych przewodzących impulsy mówiące “zaatakuj go!”. Szczególnie endogenne opioidy, czyli np. endorfiny mają silne działanie. GABA i serotonina także wpływają na wyciszenie i uspokojenie agresji, ale czasami ich nadmierna aktywność może przynosić zupełnie odwrotny efekt. Wykazano bowiem, że nadmiar receptorów serotoninergicznych na powierzchni neuronów kory przedczołowej jest skorelowany z wyższym niż normalnie poziomem agresji. Dlaczego? Cóż, serotonina hamuje aktywność komórek nerwowych, na które działa. Kora przedczołowa hamuje natomiast popędy gadziego mózgu. Dwa minusy, jak w matematyce, dają plus – pobudzenie płata czołowego staje się zbyt słabe by przeciwdziałać pierwotnym instynktom, mamy więc w efekcie nasilenie agresji. Z tym samym mechanizmem mamy do czynienia, gdy niekontrolowanie rośnie aktywność GABA, choć oczywiście biorą w nim udział inne receptory. Zaobserwowano, że czasem pojawia się nasilenie wrogich zachowań u pacjentów przyjmujących leki wzmacniające neuroprzekaźnictwo GABA-ergiczne. Ale nie trzeba leczyć się psychiatrycznie, aby przekonać się o takim efekcie. To nie przypadek, że wiele pobić i innych tego rodzaju przestępstw popełnianych jest pod wpływem alkoholu. Etanol bowiem działa jako pozytywny modulator allosteryczny receptorów GABA, czyli sprawia, że neurotransmiter ten działa znacznie efektywniej. Tak więc powiedzenie, że po alkoholu puszczają hamulce jest ze wszech miar słuszne.

Czy istnieją geny agresji?

Czy są jakieś czynniki, które sprawiają, że niektórzy ludzie są bardziej agresywni niż inny? Czy istnieją jakieś uwarunkowania genetyczne? Wyniki badań naukowych sugerują, że może tak być. Przedmiotem analiz była w tym przypadku uwarunkowana genetycznie aktywność dopaminy i serotoniny.

Udowodniono, że większą skłonność do zachowań agresywnych wykazują osoby, u których występuje pewna specyficzna wersja genu kodującego białko monoaminooksydazę A (MAOA), zwana “genem wojownika”. Białko to pełni bardzo ważną funkcję w ośrodkowym układzie nerwowym – odpowiada za unieczynnianie dopaminy po tym, jak zadziała ona na receptory. Gdyby nie było MAOA, dopamina “zalegałaby” bardzo długo w synapsie i nadmiernie pobudzałaby neurony. Zaobserwowano, że gdy gen kodujący ten enzym jest krótszy aktywność kodowanego przezeń białka jest znacząco mniejsza i nie usuwa ono dopaminy tak wydajnie, jak powinno. Z tego względu pobudzenie ośrodkowego układu nerwowego jest większe. Posiadacz “genu wojownika” szybciej wybucha, ale tylko w sytuacji, gdy bodziec prowokujący agresję jest silny.

Serotonina generalnie wycisza reakcje agresywne. Jeśli jej aktywność w ośrodkowym układzie nerwowym jest zbyt niska, może pojawiać się skłonność do zachowań impulsywnych, w tym to agresji. Neuroprzekaźnik ten produkowany jest z aminokwasu tryptofanu, a jednym z enzymów biorącym udział w tym procesie jest hydroksylaza tryptofanowa 2 (TPH2). Podobnie jak w przypadku MAOA, tutaj też występuje kilka wersji genu, zaś ta o najmniejszej aktywności jest skorelowana ze skłonnością do agresji. Ten sam problem pojawia się również w przypadku genu kodującego transporter serotoniny, czyli białko, które odpowiada za usunięcie cząsteczek neuroprzekaźnika z synapsy po tym, jak spełnią one już swoje zadanie. Wyniki badań świadczą o tym, że jego krótsza wersja występuje u osób bardziej skłonnych do agresji, ale także do zachowań samobójczych. Ponieważ kodowane przez nią białko nie pracuje tak wydajnie, jak należy, w synapsach gromadzi się nadmiar serotoniny, co może łączyć się ze zbyt silnym hamowaniem neuronów kory przedczołowej, kontrolujących impulsywne reakcje.

To tylko przykłady genów, których różne formy mogą stanowić o większej lub mniejszej skłonności do agresji. Ale ich posiadanie nie przesądza o całości charakteru. Podobnie jest w przypadku psów – istnieją rasy uważane za agresywne lub nastawione pokojowo. Wiele zależy jednak od wychowania. Golden retriever, który uchodzi za jedną z najłagodniejszych ras, też może ugryźć, podczas gdy doberman czy rottweiler może okazać się niezwykle łagodnym kanapowym pieszczochem.

A co z hormonami?

O agresywnych nastolatkach i młodych mężczyznach mówi się, że “testosteron w nich buzuje”. Ten hormon od dawna łączony był z męskością, ale także właśnie z agresją. Rezultaty badań naukowych potwierdzają, że już u dzieci w wieku przedszkolnym jego poziom był skorelowany z agresją wobec rówieśników, ale tylko taką wykazywaną w rzeczywistych sytuacjach, nie zaś w zabawie. U dorosłych trend ten wydaje się utrzymywać. Naukowcy przeanalizowali poziom testosteronu i zachowanie w grupie niemal 4 500 mężczyzn, otrzymując jednoznaczne wyniki: panowie z wysokim poziomem tego hormonu częściej wykazywali skłonność do popadania w konflikty z prawem. Od dziecka mieli więcej kłopotów z nauczycielami, w czasie służby wojskowej trudniej im było utrzymać dyscyplinę, ale też mieli więcej partnerek seksualnych. Być może to dlatego skłonność do agresji wciąż utrzymuje się w populacji ludzkiej, mimo iż często jest, wydawałoby się, tępiona przez prawo i normy społeczne. Wiele testów prowadzono z udziałem więźniów – okazało się, że ci, którzy odbywali wyroki za przestępstwa przeciwko mieniu lub za posiadanie nielegalnych substancji mieli znacząco niższy poziom testosteronu niż skazani za pobicia czy przestępstwa seksualne.

Choć testosteron to generalnie męski hormon płciowy, pewne jego stężenia występują również u kobiet, regulując nastrój, metabolizm tkanki kostnej, libido, a także poziom agresji. Badano relacje między jego poziomem a zachowaniem u kobiet odsiadujących wyroki w więzieniu. Wyniki były podobne, jak w przypadku mężczyzn. Osadzone, które miały więcej tego hormonu były bardziej agresywne i dominujące. Te zaś, u których testosteronu było najmniej, przez personel określane były jako “perfidne i podstępne” – unikały otwartych konfrontacji, ale do osiągnięcia swoich celów wykorzystywały podstępy. Zaobserwowano także, że liczba aktów przemocy i dominacji zmniejsza się z wiekiem, co jest skorelowane z także obniżającym się poziomu testosteronu.

W jaki sposób testosteron wpływa na poziom agresji? W ośrodkowym układzie nerwowym znajdują się specyficzne dla niego i niektórych jego metabolitów receptory androgenowe. ich pobudzenie skutkuje zwiększenie aktywności ciała migdałowatego, które umożliwia wykrywanie zagrożeń. Jednocześnie stymulacja tych samych receptorów w korze płata czołowego sprawia, że jest on mniej aktywny, nie sprawuje więc odpowiedniej kontroli nad instynktami. Hormon ten może wchodzić też w interakcje z kortyzolem, który wydzielany jest w znacznych ilościach pod wpływem stresu. Wprawdzie ten drugi wpływa na złagodzenie agresji, ale w połączeniu z wysokim poziomem androgenów może przyczynić się do dodatkowego zmniejszenia efektywności funkcji kontrolnej płata czołowego.

Jest jeszcze jeden hormon, którego poziom ma widoczny i dość dobrze zbadany wpływ na poziom agresji. Tym razem mamy do czynienia z żeńskim hormonem płciowym, progesteronem. Jego rola fizjologiczna związana jest przede wszystkim z okresem ciąży i regulacją cyklu menstruacyjnego. Działa on jednak również w ośrodkowym układzie nerwowym. Wpływa na aktywność ciała migdałowatego, zwiększając ją, gdy występuje w średnich stężeniach, ale w niskich i bardzo wysokich przynosi odwrotny efekt. Być może jest to związane ze zdolnością tego hormonu do nasilania neuroprzekaźnictwa przez receptory serotoninowe – jak wiemy, zbyt małe lub zbyt duże ich pobudzenie wiąże się z nasileniem tendencji do zachowań agresywnych, które są niejako wygaszane przez ciało migdałowate. Ponadto metabolit progesteronu, allopregnanolon, jest pozytywnym modulatorem allosterycznym receptorów GABA. Gdy jego stężenia utrzymują się na średnim poziomie, hamuje on skłonność do agresji, jednak w bardzo niskich lub bardzo wysokich przynosi dokładnie odwrotny efekt. Być może to właśnie z wahaniami jego poziomu związane jest występowanie objawów zespołu napięcia przedmiesiączkowego (PMS) oraz jego znacznie silniejszej wersji, zwanej dysforią przedmiesiączkową (PMDD). Warto tu wspomnieć też o komplikacjach wynikających z wysokiego poziomu testosteronu u kobiet, gdyż ten męski hormon wpływa na redukcję wytwarzania allopergnanolonu.

Należy, oczywiście, wziąć pod uwagę fakt, że sam poziom hormonów nie przesądza o tym czy musimy być agresywni, podobnie jak opisywane wcześniej geny. Wiele zależy od tego, jak radzimy sobie z emocjami i jakich sposobów reakcji na różne sytuacje się nauczyliśmy w ciągu życia. Poza tym w naszym organizmie występuje o wiele więcej hormonów i neuroprzekaźników niż te, o których tutaj mówimy. Wszystkie wchodzą ze sobą w interakcje, tworząc kosmiczne wręcz liczby powiązań i zależności, których współczesna nauka wciąż jeszcze do końca nie poznała, a które mają wpływ na wszystkie sfery naszego życia, także na zachowanie.

Agresywność czy asertywność?

Gdyby nie agresja, nasi przodkowie najpewniej by nie przeżyli. No, chyba że w idealnym świecie, gdzie wszystkie zwierzęta byłyby roślinożerne, nikt nie polowałby na siebie wzajemnie, gdzie panowałby ład i porządek… Tylko że taki świat nie mógłby istnieć. Prędzej czy później któreś zwierzę chciałoby dobrać się do liści, na które ochotę ma sąsiad i co wtedy? Ten, który byłby bardziej uległy ustąpiłby, a gdyby taka sytuacja powtarzała się, zapewne umarłby w końcu z głodu. Ten drugi, sprytniejszy, bardziej skłonny do brania tego, czego akurat chce, przekazałby swoje geny potomstwu. Z czasem rozmnażały się tylko te zwierzęta, które potrafią skutecznie walczyć o swoje. W ten sposób skłonność do agresji przekazywana jest z pokolenia na pokolenie i raczej nigdy nie zostanie wyparta z jakiejkolwiek populacji.

Kompletny brak agresji jest zły, ale w naszej kulturze nadmierna agresja także nie popłaca – prędzej czy później społeczeństwo podejmie decyzję o wykluczeniu zbyt awanturniczego osobnika np. poprzez osadzenie go w zakładzie karnym. Jak więc walczyć o swoje liście, ale tak, żeby nie przesadzić? Ten złoty środek nazywany jest asertywnością. To bardzo modne w ostatnich latach słowo oznacza postawę, która polega na dbaniu o zaspokojenie własnych potrzeb, jednocześnie nie krzywdząc innych. Nie jest to umiejętność wrodzona, w przeciwieństwie do agresji, a nauka takiej postawy może być trudna. Niemniej jednak warto włożyć nieco wysiłku i stosować proponowane przez specjalistów systemy zachowań.

Gdy szukamy sposobów jak być asertywnymi, zazwyczaj trafiamy na porady w rodzaju “nie bój się stanowczo odmawiać”, “stosuj metodę zdartej płyty, jeśli ktoś cię nie słucha”, “gdy ktoś rzuca pod twoim adresem oskarżenie, zamień je w swój atut”. Są one skierowane przede wszystkim do osób, których problemem jest zbyt silna uległość. To bardzo ważne, aby nie pozwolić zabrać sobie swoich liści. Ale w ich obronie też nie możemy przesadzić. Asertywność polega na obronie swoich praw, ale nie za wszelką cenę, bo wtedy przeradza się w agresję. Często o tym zapominamy, a wtedy “postawa asertywna” może stać się wymówką dla arogancji czy bezczelności. W końcu walczymy o swoje prawa, nikt nie będzie nam tak po prostu zabierał liści! Oczywiście, że jeśli nie chcemy się nimi podzielić, to nie musimy. Ale to przecież nie jest powód, żeby od razu stosować wobec sąsiada zęby czy pazury. To prawda, że nie mamy gwarancji, że ten drugi nie postąpi tak wobec nas. Jeśli jednak i on będzie asertywny, zrozumie i uszanuje naszą decyzję. Ewentualnie uda nam się dojść do jakiegoś rozsądnego kompromisu. Generalna zasada, o której powinniśmy pamiętać, to nie atakować drugiej osoby, nie obrażać jej i generalnie traktować tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Czy świat nie byłby o wiele przyjemniejszym miejscem, gdyby wszyscy byli asertywni?

Jak nie dać się ponieść agresji?

Często reagujemy impulsywnie na jakąś sytuację, a później tego żałujemy. Bywa też tak, że reagujemy od razu na to, co nas drażni, np. w pracy, ale tym nagromadzonym negatywnym emocjom dajemy upust później, w domu. Ofiarami naszej agresji nie staje się wówczas osoba, która ją wywołała, ale nasi najbliżsi, a to wpływa na nasze wzajemne relacje z nimi. W naszej kulturze agresja wobec drugiej osoby nie jest dobrze postrzegana. Nie znaczy to oczywiście, że nie wolno nam odczuwać złości czy gniewu, z którymi zwykle się łączy. Co więcej – możemy nawet dać wyraz tym emocjom. Co jest ważne, to żeby nikt na tym nie ucierpiał.

Często można się spotkać z twierdzeniem, że szczerość to mówienie tego, co się myśli. Jednak istnieje pewna zasadnicza różnica – w doborze słów. Inaczej brzmi przecież komunikat “Ty idioto, coś ty narobił” niż “Nie podoba mi się to, co zrobiłeś”. Pierwszy jest agresywny, bo atakujemy w nim bezpośrednio osobę, z którą rozmawiamy. Ona będzie się bronić, atakując nas wzajemnie, a widmo jakiegokolwiek porozumienia oddali się bezpowrotnie. Drugi mówi o naszych odczuciach związanych z sytuacją i może być wstępem do rzeczowej dyskusji. Najważniejsza zasada, którą się kierujemy w rozmowie z ludźmi, nawet pod wpływem silnych emocji, to ta, żeby nie obrażać i nie atakować. Owszem możemy czasem rzucić bardziej soczyste słowo, byle nie pod adresem oponenta. Pamiętajmy, że nasze gadzie i ssacze mózgi pracują na pełnych obrotach – jeśli uznają, że jesteśmy atakowani, zaczną się bronić. A że najlepszą obroną jest atak…

No właśnie, reakcje agresywne wynikają z tego, że nasz gadzi mózg (i ssaczy też) działa błyskawicznie. Kora nowa nie zawsze ma czas, aby przeanalizować sytuację i znaleźć sposób na reakcję, który pozwoli zminimalizować straty i zmaksymalizować zyski. Sednem wielu technik zalecanych przez specjalistów w walce z agresją jest gra na czas. Już starożytni Rzymianie liczyli do dziesięciu, zanim podjęli decyzję związaną z nieprzyjemnym wydarzeniem. Możemy też wziąć kilka głębokich oddechów, wypić szklankę wody albo wykonać inny rytuał – ważne, żeby zajął on nam kilka, kilkanaście sekund. W tym czasie nasz płat czołowy zdąży ostudzić zapędy budzącego się w nas goryla czy jaszczurki i podpowie nam, jak rozsądnie poradzić sobie z sytuacją.

Na problemy z agresją specjaliści zalecają też aktywność fizyczną. Nie zawsze podchodzimy do tego entuzjastycznie (“że niby jak sobie pobiegam, to ten Kowalski z księgowości będzie mniej wkurzający?”), ale oni mają rację. Agresja związana jest nieodłącznie z zestawem reakcji 3xF, czyli walcz, uciekaj, nie ruszaj się. Popatrzmy, jak objawia się u zwierząt – napięcie mięśni, szybkie ruchy, błyskawiczna akcja. A teraz przyjrzyjmy się, jak to działa u nas: przyspieszony oddech i puls, spięte mięśnie, podniesienie ciśnienia krwi… Jakby nie było, nasze ciało przygotowuje się do wysiłku fizycznego. Z naturą nie ma co walczyć, będziemy dużo szczęśliwsi, jeśli posłuchamy naszego organizmu i odpowiemy na jego potrzeby. Oczywiście, w żadnym razie nie ma tu mowy o wpadaniu w agresywny szał i rzucaniu się z pięściami na oponenta. Ale jogging, jazda na rowerze czy pływanie 2-3 razy w tygodniu to zupełnie inna sprawa. Taka aktywność nie tylko pozwoli w zupełnie nieszkodliwy sposób rozładować nagromadzoną energię, ale też poprawi nam humor. Jak? Zostało naukowo udowodnione, że uprawianie sportu, nawet rekreacyjnie, zwiększa produkcję endorfin. Te z kolei sprawiają, że poprawia nam się humor, czujemy się lepiej i jesteśmy mniej skłonni do reagowania w sposób agresywny.

Jak to w końcu jest z tą agresją?

Agresja jest w końcu dobra czy zła? Cóż, na to pytanie nie da się odpowiedzieć. Na pewno przez setki milionów lat pozwalała przetrwać kolejnym gatunkom zwierząt. Skoro pojawia się nawet u bardzo małych dzieci, to możemy przypuszczać, że skłonności do niej mamy wrodzone – jedni mniejsze, inni większe. Po prostu jest to część naszej spuścizny po bardzo dalekich przodkach. Czy wobec tego powinniśmy ją jakoś zwalczać, ograniczać? Oczywiście, że tak. W toku ewolucji nie wykrztałciliśmy wprawdzie potężnych rogów czy ostrych pazurów, ale nauczyliśmy się posługiwać coraz bardziej wyrafinowanymi narzędziami. Te zaś w połączeniu z niekontrolowaną agresją mogą sprawić, że populacja naszego gatunku znacznie się zmniejszy, a przecież które normalne zwierzęta – w końcu nasi kuzyni, choć często bardzo dalecy – dążą do samozagłady? Oczywiście, nie można agresji całkowicie wyeliminować, bo jednak ona nam się przydaje. Jeśli coś w nas ją budzi, to powinien być dla nas sygnał, żeby zastanowić się, jak możemy poradzić sobie z danym problemem. I to nie w najprostszy, dyktowany nam przez gadzi mózg sposób, ale rozsądnie – tak, jak chciałby tego nasz płat czołowy. Tak więc – agresja sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła, podobnie jak wiążące się z nią emocje. To, jak będziemy je odbierać zależy od tego, jak je wyrażamy.

PRZECZYTAJ TEŻ:


Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.