Komora wyglądała jak duża wanna obudowana ze wszystkich stron ścianami. Prowadziły do niej drzwi nasuwające skojarzenie z tymi na łodziach podwodnych. Wewnątrz znajdowało się 25, może 30 cm wody. Po jednej stronie umieszczono wyłącznik światła, po drugiej zaś przycisk alarmowy, którego – jeśli wierzyć słowom miłego pana z obsługi – raczej nikt nie naciskał. “Co ja robię”, przeszło mi przez myśl, gdy gramoliłam się do środka przez wysoki próg. Zamknęłam drzwi, całkowicie odcinając się od świata zewnętrznego. Jedynym źródłem światła były dwie małe, niebieskie lampki umieszczone nisko nad dnem. Falowanie wody przy każdym moim ruchu sprawiało, że światło załamywało się, dając bardzo ciekawy efekt i potęgując poczucie nierzeczywistości. Usiadłam i natychmiast poczułam, jak siła wyporu wypycha moje nogi w górę, jakby zapraszając mnie do położenia się. Tak też zrobiłam. Woda, zazwyczaj nie dająca solidnego oparcia, tym razem zachowała się jak wyjątkowo miękki materac, utrzymując mnie na powierzchni. To dzięki zawartości siarczanu magnezu. “Więc tak pływa się w Morzu Martwym”, pomyślałam, stabilizując swoje położenie, aby nie obijać się o ściany komory. Bez trudu zlokalizowałam dłonią wyłącznik światła. Nacisnęłam go i momentalnie zapadła ciemność. Ogarnął mnie lekki niepokój – nigdy nie przepadałam za ciemnymi, zamkniętymi pomieszczeniami. Ale z drugiej strony łagodne falowanie wody zawsze działało na mnie uspokajająco. Tak było i tym razem, zwłaszcza że był to jedyny bodziec, który docierał do mnie ze środowiska zewnętrznego. Nie widziałam nic, a jedyne co słyszałam to własny oddech i bicie mojego serca. Więcej