A co by było, gdyby tak wyciszyć wszystkie zmysły? (… czyli – jak działa floating?)

Komora wyglądała jak duża wanna obudowana ze wszystkich stron ścianami. Prowadziły do niej drzwi nasuwające skojarzenie z tymi na łodziach podwodnych. Wewnątrz znajdowało się 25, może 30 cm wody. Po jednej stronie umieszczono wyłącznik światła, po drugiej zaś przycisk alarmowy, którego – jeśli wierzyć słowom miłego pana z obsługi – raczej nikt nie naciskał. “Co ja robię”, przeszło mi przez myśl, gdy gramoliłam się do środka przez wysoki próg. Zamknęłam drzwi, całkowicie odcinając się od świata zewnętrznego. Jedynym źródłem światła były dwie małe, niebieskie lampki umieszczone nisko nad dnem. Falowanie wody przy każdym moim ruchu sprawiało, że światło załamywało się, dając bardzo ciekawy efekt i potęgując poczucie nierzeczywistości. Usiadłam i natychmiast poczułam, jak siła wyporu wypycha moje nogi w górę, jakby zapraszając mnie do położenia się. Tak też zrobiłam. Woda, zazwyczaj nie dająca solidnego oparcia, tym razem zachowała się jak wyjątkowo miękki materac, utrzymując mnie na powierzchni. To dzięki zawartości siarczanu magnezu. “Więc tak pływa się w Morzu Martwym”, pomyślałam, stabilizując swoje położenie, aby nie obijać się o ściany komory. Bez trudu zlokalizowałam dłonią wyłącznik światła. Nacisnęłam go i momentalnie zapadła ciemność. Ogarnął mnie lekki niepokój – nigdy nie przepadałam za ciemnymi, zamkniętymi pomieszczeniami. Ale z drugiej strony łagodne falowanie wody zawsze działało na mnie uspokajająco. Tak było i tym razem, zwłaszcza że był to jedyny bodziec, który docierał do mnie ze środowiska zewnętrznego. Nie widziałam nic, a jedyne co słyszałam to własny oddech i bicie mojego serca.

Powiedz, co czujesz

Nasz mózg w każdej sekundzie przetwarza niezliczone ilości informacji. Ogromna ich część pochodzi ze środowiska zewnętrznego i odbierana jest za pomocą narządów zmysłów. Sama siatkówka zbiera w tym czasie jakieś 10 mln bitów danych. Do tego dochodzą jeszcze informacje dźwiękowe, smakowe, zapachowe i dotykowe. No i jest jeszcze równowaga, czasem nazywana szóstym zmysłem. Szacuje się, że jest to w sumie nawet 100 mld bitów na sekundę. Mózg na bieżąco przetwarza to wszystko, pozwalając nam odnajdywać się w otaczającym świecie.

Wszystko to działa już wtedy, gdy znajdujemy się w łonie matki. Jako pierwszy rozwija się dotyk, co czyni z naszej skóry największy narząd zmysłowy – w końcu to na skórze zlokalizowana jest większość receptorów czuciowych. Potem włączają się smak i zapach. Podobno już w 21. tygodniu ciąży płód rozpoznaje gorzki i słodki smak płynu owodniowego, na który wpływają spożywane przez matkę pokarmy. Oczywiście, maluch preferuje ten drugi, co ma znajdować odzwierciedlenie w większej częstotliwości połykania słodkiego płynu owodniowego. Trzy tygodnie później wykształca się aparat słuchu, dziecko zaczyna więc odbierać dźwięki ze swojego otoczenia: głównie bicie serca matki i odgłosy towarzyszące pracy jej jelit. W 33. tygodniu ciąży źrenice zaczynają się zwężać i rozszerzać, co świadczy o tym, że płód reaguje na światło – działa zmysł wzroku. Od tego czasu aż do śmierci wszystkie te systemy będą pracować pełną parą. No, może z wyjątkiem czasu, w którym śpimy, chociaż też chyba nie do końca, bo przecież budzimy się na dźwięk budzika albo wtedy, kiedy ktoś nas dotyka.

Nawet najprostsze organizmy odbierają bodźce ze środowiska. Niektóre bakterie aktywnie poruszają się w stronę, z której “czują” obecność substancji pokarmowych. Po prostu – nie żyjemy w próżni, więc musimy jakoś ogarniać to, co nas otacza. Za pomocą wrażeń zmysłowych poznajemy i opisujemy nasz świat. Niektórzy posuwają się nawet do twierdzenia, że istnieje on jedynie w naszej głowie, jako efekt impulsów nerwowych wywołanych pewnymi bodźcami. Może coś w tym jest. Weźmy pod uwagę choćby kolory: oczy każdego z nas, choć generalnie zbudowane w ten sam sposób, mogą różnić się nieco strukturą jednego z białek odpowiedzialnych za widzenie barw – opsyn. Zmiany takie mogą sprawiać, że niektórzy ludzie widzą kolory nieco inaczej lub dostrzegają więcej różnic między poszczególnymi ich odcieniami. Pozwala to wysunąć nieco żartobliwe twierdzenie, że “moja czerwień jest mojsza niż twojsza”, jako że zmiany te najczęściej dotyczą opsyny pobudzanej przez światło o długości fali odpowiadającej właśnie barwie czerwonej.

Wydaje się, że nasze odbieranie świata opiera się głównie na wzroku. Często posługujemy się obrazami, piktogramami, słowem pisanym. Ale w rzeczywistości pozostałe zmysły są równie ważne. Sam obraz nie oddziałuje na nas tak samo silnie, jak połączony z nastrojową muzyką. Czasem wystarczą jedynie odpowiednie dźwięki, aby wywołać określoną reakcję. Smak i węch – zwłaszcza ten ostatni – są mocno związane ze wspomnieniami. Niekiedy wystarczy poczuć pewien zapach, aby przenieść się w czasie i przestrzeni np. do babcinej kuchni, w której spędziliśmy wiele miłych chwil. No i dotyk – bez niego po prostu nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Skąd wiemy, że trzymamy w dłoni jakiś przedmiot, nawet jeśli mamy zamknięte oczy? Skąd wiemy, co właściwie trzymamy? Ten zmysł jest też bardzo ważny w kontekście relacji międzyludzkich. Nie istnieje chyba metoda okazywania czułości równie skuteczna jak czułe, delikatne dotykanie skóry drugiego człowieka. Przytulanie się opiera się przecież właśnie na pobudzaniu tego zmysłu.

Czy da się wyłączyć mózg?

Wiemy, że są ludzie, którzy stracili któryś ze zmysłów. Wykorzystują wówczas pozostałe z nich, aby kompensować ten brak. Niewidomi odbierają świat m.in. za pomocą dźwięków i wrażeń dotykowych, np. czytając alfabet Braila. Niesłyszący odbierają muzykę i tworzą ją – przykładami niech będą Ludwig van Beethoven i Evelyn Glennie – światowej sławy perkusistka, która straciła słuch ok. 12 roku życia. O tym, jak funkcjonuje się bez węchu niejednokrotnie przekonaliśmy się na własnej skórze, podczas silnego kataru. Co jednak stanie się, jeśli wyłączymy wszystkie zmysły na raz?

Naukowcy od dawna się nad tym zastanawiali. W latach 50. XX wieku psychologowie związani z nurtem behawiorystycznym byli zdania, że skoro mózg bez przerwy zajmuje się odbieraniem i przetwarzaniem bodźców ze środowiska, to całkowite odcięcie od nich – czyli deprywacja sensoryczna – spowoduje jego “wyłączenie”. Wielu naukowców postanowiło to sprawdzić. Jednym z najsłynniejszych tego typu programów badawczych był “Artichoke” (“Karczoch”) autorstwa kanadyjskiego profesora Donalda Hebba i innych uczonych z Montrealu. Wzięli w nim udział studenci, którzy mieli za zadanie wytrzymać jak najdłużej w całkowitym odcięciu od świata. Całymi dniami mieli oni leżeć w niewielkich pomieszczeniach, na wygodnych łóżkach. Nosili specjalne gogle, które uniemożliwiały percepcję czegokolwiek poza łagodnym, rozproszonym światłem. Od dźwięków odizolowani byli za pomocą poduszki w kształcie litery “U”, która, w połączeniu z delikatnym szumem klimatyzacji, znakomicie tłumiła wszelkie inne odgłosy. Na dłoniach mieli bawełniane rękawiczki, a na przedramionach kartonowe mankiety sięgające poza końcówki palców, aby nie mogli niczego dotykać. Nie kontaktowali się z nikim, wstawali jedynie do toalety i na posiłki, które spożywali w swoich izolatkach. Mimo iż za każdy dzień “pracy” otrzymywali 20 dolarów wynagrodzenia, większość z ochotników zrezygnowała po 3 – 4 dniach eksperymentu. Niektórym z nich dojście do siebie zajęło kilka dni, a nawet tygodni. U nikogo jednak mózg nie został ‘wyłączony”, choć jego funkcjonowanie uległo zaburzeniom. Standardową reakcją był problem ze skupieniem myśli, irytacja i ogólne nieprzyjemne wrażenia. Niektórzy doznawali bardzo wyraźnych halucynacji. Jeden ze studentów opisywał złudzenie, że jego kończyny gwałtownie rosną, inny zaś opowiadał o maszerujących wiewiórkach z tornistrami na plecach. Były też przypadki doświadczenia przebywania poza własnym ciałem czy też wrażenia posiadania dwóch ciał.

Mniej więcej w tym samym czasie amerykański psycholog i psychiatra John C. Lilly przeprowadził podobny eksperyment. Biorący w nim udział ochotnicy zanurzeni byli w zbiorniku z wodą o temperaturze ludzkiego ciała, zawieszeni na specjalnej uprzęży i wyposażeni w maskę do oddychania. Mimo niezbyt wygodnych akcesoriów i ciągłego słyszenia bulgotu powietrza, także i oni zostali odcięci od większości zewnętrznych bodźców. Dzięki wykorzystaniu ciepłej wody udało się nawet zminimalizować odczuwanie grawitacji i wywołać uczucie unoszenia się w całkowitej pustce. Ochotnicy mieli dość po mniej więcej 3 – 6 godzinach. Także i w ich przypadku mózg nie “wyłączył się”, choć doświadczali oni znacznych zaburzeń poznawczych i funkcjonowania organizmu. Obserwowano rozregulowanie pracy poszczególnych narządów, mimowolne skurcze mięśni i drgawki. Badanym towarzyszyło uczucie niepokoju, zaburzenia zdolności do logicznego myślenia, utrata poczucia czasu i położenia własnego ciała. Niektórzy po wyjściu z wody przez kilkanaście minut widzieli w dwóch wymiarach, zamiast w trzech.

Odciąć się od wszystkiego, tak dla relaksu

Mimo wszystko John C. Lilly był zafascynowany odczuciami, jakie daje odcięcie się od środowiska. Pracował nad udoskonaleniem swojej komory deprywacyjnej i wyeliminowaniem elementów takich jak maska do oddychania czy uprząż, które uniemożliwiały pełne zrelaksowanie się. Ostatecznie przybrała ona postać niewielkiego, dźwięko- i światłoszczelnego pomieszczenia z basenem, w którym znajdował się roztwór siarczanu magnezu, zwanego też gorzką solą lub solą EPSOM. Korzystająca z niej osoba mogła swobodnie unosić się na powierzchni wody, w całkowitej ciszy, ciemności i pustce dzięki utrzymywaniu temperatury wody i powietrza na poziomie tylko minimalnie niższym niż ma ludzka skóra.

Eksperymenty Lilly’ego niejednokrotnie przyjmowały kontrowersyjną postać, a jego pomysły bywały bardzo dziwne. O ile bowiem można zrozumieć chęć zbadania wpływu LSD na intensywność wrażeń podczas przebywania w komorze, to jednak trudno logicznie wytłumaczyć zabranie do niej ze sobą trzech delfinów. Naukowiec opisywał swoje doznania jako niemalże mistyczne. W swojej książce “Tanks for the Memories” wspominał nawet o kontaktach z istotami z innych wymiarów. Niemniej jednak to właśnie on przyczynił się do rozwoju i komercjalizacji tej formy relaksu. Opracowaną przez siebie metodę nazwał REST, co stanowi skrót od Restricted Environmental Stimulation Technique (Technika Ograniczonej Stymulacji Środowiskowej). Brzmi to zdecydowanie ładniej niż “sensory deprivation” (“deprywacja sensoryczna”) i budzi przyjemne skojarzenia – “rest” to po angielsku “odpoczywać”. Obecnie coraz częściej można spotkać takie urządzenia nawet w salonach spa, gdzie nazywane są komorami lub kabinami floatingowymi, od angielskiego “float” czyli “pływać, unosić się”, a koszt godzinnej sesji to zazwyczaj nieco ponad 100 zł.

Dla jednego raj, dla drugiego piekło

Trudno nie zauważyć, że wrażenia większości osób poddających się długotrwałej deprywacji sensorycznej są dalekie od rozluźnienia i przyjemności. Utrata jasności rozumowania, halucynacje, brak poczucia własnego ciała wskutek ograniczenia bodźców zewnętrznych przypomina tzw. white torture (białą torturę), którą stosowano do wspomagania przesłuchań w Guantanamo, podczas wojny w Zatoce Perskiej czy konfliktu z IRA w Irlandii Północnej. Więzień, na którym stosowano tę metodę ubierany był na biało i zamykany w ciasnym, dźwiękoszczelnym pomieszczeniu pomalowanym także na biało. Jedzenie, które dostawał na białych talerzach, także miało ten sam kolor. Prowadziło to, podobnie jak u ochotników biorących udział w badaniu, do utraty równowagi psychicznej, halucynacji i zaburzenia zdolności poznawczych. Łatwo więc wyobrazić sobie, że potraktowany w ten sposób więzień szybko zgodzi się zeznać wszystko to, czego wymagają od niego prowadzący przesłuchanie, byle tylko wrócić do normalnego otoczenia.

Skoro się nie wyłącza, to co robi?

Wiemy już, że nasz mózg nieustannie przetwarza informacje, które docierają do niego za pośrednictwem narządów zmysłów. Co więc robi, gdy nie otrzymuje tych wszystkich danych? Pochodząca z pierwszej połowy XX wieku hipoteza, że zwyczajnie zasypia okazała się nieprawidłowa – w eksperymentach z deprywacją sensoryczną ochotnicy byli całkowicie przytomni.

W pierwszych minutach po tym, jak wejdziemy do komory deprywacyjnej (czy też floatingowej), nasz mózg musi czuć się podobnie jak my, kiedy wychodzimy z głośnego koncertu. Przez chwilę jesteśmy zdezorientowani, bo przestają do nas docierać dźwięki o bardzo dużym natężeniu, o których zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Tylko że podczas floatingu odczuwamy to na znacznie większą skalę. Jednak neurony odpowiadające za przesyłanie i analizę danych nie pozostają całkowicie bezczynne. Niekiedy wysyłają przypadkowe impulsy, które natychmiast są podchwytywane przez kolejne komórki mózgu, może właśnie z braku innego pobudzenia. W ten sposób tworzą się wrażenia fantomowe i halucynacje. Często możemy odczuć swędzenie różnych części ciała, a także doświadczyć halucynacji wzrokowych. Wygląda na to, że mózg, pozbawiony bodźców z zewnątrz, próbuje jakoś zapełnić tę pustkę i sam dostarcza sobie wrażeń.

Zmienia się też aktywność ośrodkowego układu nerwowego, co wyraża się poprzez zwiększenie aktywności fal mózgowych o częstotliwości theta (4 – 7 Hz). W normalnych warunkach towarzyszą one zasypianiu i pojawianiu się marzeń sennych, podczas których przestajemy myśleć logicznie. Mogą je u siebie świadomie wywołać osoby, które mają za sobą długą praktykę medytacyjną. Niektórzy są zdania, że znajdujący się w tym stanie mózg staje się bardziej “chłonny”. Potwierdzać to mają wyniki badań, podczas których osoby znajdujące się w komorze deprywacyjnej łatwiej przyswajały sobie prezentowane w formie nagrań informacje niż grupa kontrolna, leżąca na materacu w zaciemnionym pomieszczeniu. Zapis EEG wykazał, że u tych pierwszych aktywność fal theta była zdecydowanie wyższa.

Do czego to wykorzystać?

Zwolennicy floatingu są zdania, że jest to wspaniała metoda relaksu, która pomaga osiągnąć stan dostępny do tej pory tylko wytrawnym joginom. Pojawiające się bowiem zarówno podczas pobytu w komorze deprywacyjnej, jak i podczas medytacji, fale mózgowe theta mają zapewnić zwiększenie kontroli nad własnym ciałem i umysłem, ale też ograniczenie odczuwanego bólu. Ten ostatni efekt przynoszą także endorfiny, których wydzielanie podobno jest wówczas zwiększone. Redukcji ulega natomiast poziom kortyzolu i adrenaliny. Oczywiście, jeśli zbyt długo poddajemy się ograniczeniu bodźców, możemy doświadczyć czegoś zupełnie innego, podobnie jak ochotnicy biorący udział w pierwszych eksperymentach. Ale to nie koniec potencjalnych korzyści – ze względu na to, że podczas floatingu unosimy się na wodzie, nasze stawy są odciążone. Może to pomóc zmniejszyć ich ból odczuwany przy schorzeniach reumatologicznych.

Prowadzono również próby leczenia za pomocą deprywacji sensorycznej takich problemów jak uzależnienia od nikotyny, alkoholu czy narkotyków. Podobno sesje floatingu pomogły Johnowi Lennonowi zerwać z uzależnieniem od heroiny – muzyk twierdził, że stan, który dzięki nim osiąga jest bardzo podobny do tego, co odczuwa po narkotyku. Nie jest to tak bardzo nieprawdopodobne, jeśli przyjąć, że odcięcie się od bodźców podnosi poziom endorfin. W końcu to właśnie działanie tych “hormonów szczęścia” naśladuje w mózgu heroina. Dlaczego jednak udało się ograniczyć chęć sięgnięcia po papierosa u grupy ochotników poddających się tej eksperymentalnej terapii w kanadzie – nie wiadomo.

I jak wrażenia?

Kiedy już opanowałam pierwszy niepokój związany ze znalezieniem się w całkowicie ciemnym i cichym pomieszczeniu (a także wypłukałam sól, która dostała mi się do oka), mogłam skupić się na własnych odczuciach. Trochę przeszkadzały mi w tym zatyczki do uszu, ale dość szybko się do nich przyzwyczaiłam. Dzięki nim nie słyszałam delikatnego chlupotu wody towarzyszącego niewątpliwie moim ruchom. Wpatrywałam się w ciemność, na której tle pojawiały się drobne, jasne punkty. Podobne widać, kiedy bardzo mocno zaciśnie się oczy. Po chwili, choć trudno tu mówić o upływie czasu, stwierdziłam też, że błędnik płata mi figle. Czułam, że się obracam, choć było to niemożliwe – choć kabina miała wymiary dużej wanny, nie mogłabym położyć się w niej w poprzek, musiałabym uderzyć głową i stopami o ściany. Jednocześnie znalazłam się w pozycji do góry nogami! Bardzo ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, że nie towarzyszył mu ucisk na skroniach, świadczący o wzroście ciśnienia w naczyniach krwionośnych w głowie.

Jasne punkty błądziły w przestrzeni nade mną, aż w końcu utworzyły pojedyncze jasne światełko. Obserwowałam je, aż w głowie pojawił mi się cytat ze znanego filmu animowanego “A jak zobaczysz długi tunel, to nie idź w stronę światła!” Choć rozsądek podpowiadał, że to tylko wytwór mojego domagającego się bodźców mózgu, i tak zrobiłam błyskawiczny rachunek sumienia. Uspokoiłam się, stwierdziwszy, że w razie czego chyba nie będzie tak najgorzej… “Nie no, zaraz, moment”, pomyślałam w końcu, “chyba jeszcze nie wszystko tu załatwiłam, prawda?” Jakby w odpowiedzi na moje pytanie, światło zbladło i zniknęło. Więcej go nie widziałam. Czy właśnie świadomie podjęłam decyzję o pozostaniu na tym świecie?

W międzyczasie udało mi się całkowicie rozluźnić mięśnie. Ich praca w żaden sposób nie była mi potrzebna do unoszenia się na wodzie. Gdy temperatura mojej skóry i otoczenia wyrównała się, nie czułam nic oprócz nacisku, jaki wywierała na mnie woda. To zadziwiające, bo nigdy tego tak nie odbierałam, np. pływając w basenie. Pogrążona w mroku, musiałam się dobrze zastanowić czy mam oczy otwarte, czy zamknięte.

W pewnym momencie nie czułam już nawet falowania wody. Byłam tylko ja, otoczona bezkresną przestrzenią. Nigdy nie miałam tak dużej świadomości tego, gdzie znajdują się poszczególne części mojego ciała. Czy doświadczyłam bycia poza nim? Może na krótką chwilę. Choć byłam w pełni świadoma, dwa lub trzy razy znalazłam się w stanie, który na pewno każdy zna – taki półsen, kiedy budzimy się w nocy, nie możemy otworzyć oczu ani poruszyć się i zaraz zasypiamy ponownie. Było mi po prostu dobrze, najchętniej zostałabym tak już na zawsze. Jedyną przeszkodą był fakt, że musiałam oddychać. Gdybym mogła, całkowicie zrezygnowałabym z tej zupełnie zbędnej formy aktywności.

Z wielkim rozczarowaniem powitałam łagodne dźwięki muzyki oznaczające koniec sesji. Nie bez pewnego trudu usiadłam i namacałam włącznik światła. Wychodząc z komory, czułam się jak po bardzo wydajnej drzemce, ale bez tego skołowania, które odczuwamy zaraz po przebudzeniu.

Niedługo potem przekonałam się o tym, że jednak każdy organizm reaguje inaczej na odcięcie od bodźców środowiskowych. Mój mąż, który dzielnie sekunduje mi podczas odkrywania nowych form relaksu, wyszedł z komory floatingowej obolały. Okazało się, że niemal przez całą godzinę trwania sesji jego mięśnie były spięte. Przez to w ogóle nie wypoczął. Z czego to wynikało? Cóż, wiem, że o ile ja nie mam nic przeciwko przebywaniu w ciszy, on zawsze potrzebuje przynajmniej łagodnej muzyki. Być może jego mózg potrzebuje silniejszej stymulacji, większej liczby bodźców niż mój, żeby prawidłowo funkcjonować. Jak stwierdził miły pan z obsługi: ile ludzi, tyle reakcji, także na deprywację sensoryczną.

Agnieszka Markowska-Jędra

PODOBNE WPISY


Komentarz

Przemysław G.

od dawna juz o tym mysle i chce sprobowac tym bardziej ze chyba juz we wszystkich wiekszych miastach cos takiego jest.


Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.