Dr Frankenstein i (nie całkiem) martwe mózgi (czy uda się pokonać śmierć?)

Co wspólnego mają ze sobą współcześni lekarze, średniowieczni alchemicy i fikcyjna postać Wiktora Frankensteina? Wszyscy starają się przechytrzyć śmierć. I chociaż znalezienie substancji, która mogłaby stać się eliksirem życia obecnie wydaje się niemożliwe, to jednak osiągnięcia chirurgii, onkologii czy transplantologii całkiem skutecznie pozwalają opóźnić nadejście nieuniknionego końca. W czasach autorki “Frankensteina”, czyli na początku XIX wieku, wizja przeszczepienia narządów była jedynie wytworem kreatywnego umysłu, jednak 200 lat później wydaje się, że niewiele stoi na przeszkodzie zrealizowaniu nieco mrocznej wizji zbudowania żyjącego człowieka z martwych części ciała.

Części zamienne?

Jeśli nie liczyć legend i przekazów historycznych (w których przeszczepy stosowali już starożytni indyjscy i chińscy lekarze, a w tradycji chrześcijańskiej także święci Kosma i Damian), pierwsza udana transplantacja odbyła się w 1905 roku, w małym miasteczku na terenie dzisiejszych Czech. Był to zabieg przeszczepienia rogówki, a przeprowadził go chirurg Eduard Zirm. Na lata 30. XX wieku przypadają pierwsze próby pobierania narządów od zmarłych dawców. Przełom przyniosło odkrycie mechanizmów immunologicznych, które powodują odrzucenie obcego narządu. Pierwszy udany (biorca żył potem jeszcze przez 8 lat) przeszczep nerki odbył się w 1954 roku. Obecnie można wymienić niesprawną wątrobę, trzustkę, płuca, jelito, serce, a nawet całe zespoły narządów. W kwietniu 2015 roku w Gliwicach przeprowadzono zabieg przeszczepienia narządów szyi (tchawicy, krtani, przełyku, gardła i tarczycy). Wcześniej, bo 1998 roku, dokonano pierwszej transplantacji przedramienia i dłoni, a w 2010 – całej twarzy. Niemalże na porządku dziennym są przeszczepy szpiku kostnego.

Możliwość zamiany uszkodzonego narządu na inny sprawiła, że obecnie inaczej patrzymy na nasze ciało niż jeszcze 100 czy 200 lat temu. Gdy obserwujemy kolejne osiągnięcia nauki, trudno oprzeć się wrażeniu, że właściwie nie jest ono jakąś integralną całością, a jedynie zespołem połączonych ze sobą i funkcjonujących razem części. Bez niektórych z nich możemy się całkiem nieźle obejść, jak choćby bez wyrostka robaczkowego czy śledziony. Inne są nam bardziej potrzebne, ale jeśli się zepsują, możemy je wymienić.

Oczywiście, dostępność “oryginalnych części zamiennych” jest ograniczona, a ich dopasowanie niezwykle trudne. Dlatego od dawna trwają prace nad ich sztucznymi odpowiednikami. Sam pomysł zastępowania części ciała nie jest czymś nowym, ale trudno porównywać drewnianą nogę i hak zamiast dłoni do dzisiejszych tytanowych endoprotez stawu biodrowego czy sztucznych serc. Alternatywą są próby hodowania zapasowych narządów z komórek macierzystych, dzięki czemu moglibyśmy otrzymać własne, “szyte na miarę” zamienne nerki, płuca czy wątrobę i pozbyć się ryzyka odrzucenia przeszczepu z powodu niedopasowania immunologicznego. Co bardziej kreatywni wizjonerzy wieszczą nadejście ery cyborgów, w której będziemy mogli dowolnie wymieniać zużyte części ciała na młodsze, zdrowsze i bardziej wydajne.

Żywy czy martwy?

Transplantologia ma na celu ratowanie życia. Okazało się jednak, że zmusiła lekarzy i naukowców do poważnego zastanowienia się nad tym, kiedy właściwie się ono kończy. O ile bowiem nerkę czy płat wątroby można pobrać od żywego dawcy, to jednak w przypadku serca lub płuc nie może być o tym mowy. Kiedyś sprawa była bardzo prosta: serce przestawało bić, krążenie i oddech ustawały, człowiek był martwy. Odkąd jednak wynaleziono defibrylator, zatrzymanie tętna przestało być wyrokiem. Co jednak w przypadku, kiedy mamy do czynienia z osobą podłączoną do respiratora? W taki sposób można podtrzymywać funkcje życiowe przez bardzo długi czas.

Nie można ratować jednego życia kosztem drugiego. Jednocześnie niektóre narządy nie mogą obumrzeć, jeśli mają nadawać się do przeszczepienia i podjąć pracę w organizmie biorcy. Tak więc muszą być żywe, choć pobrane od martwego dawcy. Dlatego należało opracować nowy wyznacznik śmierci. Stała się nim aktywność (albo raczej brak aktywności) drugiego kluczowego narządu. O ile bowiem serce udaje się czasem “zrestartować”, to naukowcy wciąż nie potrafią zrobić tego samego z mózgiem. W 1968 roku na Uniwersytecie Harvarda w Stanach Zjednoczonych opracowano kryteria, za pomocą których można ustalić “śmierć mózgu”. Należą do nich brak m.in. odruchów wymiotnych, kaszlowych, reakcji źrenic na światło, reakcji na bodźce bólowe oraz trwały bezdech. Bada się również aktywność elektryczną mózgu oraz przepływ krwi w zaopatrujących go naczyniach. Wszystko to służy ocenie czy żyje pień mózgu, czyli jego część kontrolująca funkcje życiowe takie jak oddech, praca serca, regulacja temperatury ciała, ciśnienia krwi i wiele innych, niezależnych od naszej woli. Stwierdzić, że ta właśnie część mózgu jest już martwa, może komisja złożona z trzech lekarzy, w tym jednego anestezjologa i jednego neurologa lub neurochirurga.

Co dzieje się z nami po śmierci?

Być może to pytanie jest starsze niż gatunek Homo sapiens. Archeolodzy znaleźli bowiem ślady świadczące o tym, że już nasi przodkowie (konkretnie Homo erectus) wyprawiali swoim zmarłym pogrzeby. Po co mieliby to robić, gdyby nie wierzyli, że śmierć to nie koniec? Jeśli mieli własny system wierzeń, z pewnością była w nim obecna koncepcja jakiegoś rodzaju duszy, która w momencie śmierci oddzielałaby się od ciała, tak jak uważa się we współczesnych religiach. Prawdopodobnie jednak nigdy nie uda się naukowo udowodnić istnienia bądź nieistnienia tej sfery. Skupmy się więc na tym, co możemy zaobserwować i zbadać na tym świecie.

Mózg otrzymuje ok. 20% tlenu rozprowadzanego po organizmie z krwią. Gdy krążenie ustaje, bardzo szybko zużywa on zapasy tego życiodajnego gazu. Po 20-40 sekundach przełącza się na “tryb awaryjny”, który ma na celu zaoszczędzenie jak największych ilości energii. Kolejne neurony są wówczas wygaszane, co jest swoistą próbą przeczekania niekorzystnych warunków z nadzieją, że ilość tlenu wróci do normy, a kolejne komórki nerwowe na nowo podejmą pracę. Następnie zanikają fale mózgowe, a pięć minut po zatrzymaniu akcji serca następuje zjawisko nazywane przez naukowców “mózgowym tsunami” lub “rozszerzającą się depresją korową”. Jest to nagła fala energii elektrycznej przechodząca przez cały mózg, powstająca wskutek niemożności zachowania równowagi między jonami wewnątrz i na zewnątrz neuronów. Dochodzi więc do depolaryzacji ich błon komórkowych, podobnie jak w przypadku wysłania zwykłego impulsu nerwowego. Z tą tylko różnicą, że w tym przypadku komórki nie będą już w stanie “naładować się” z powrotem…

Naukowcy są zdania, że jeśli przywróci się krążenie w ciągu pierwszych pięciu minut, czyli przed wystąpieniem “tsunami”, można uratować mózg. Potwierdzeniem ma być fakt, że ok. 40% pacjentów reanimowanych po zatrzymaniu akcji serca ma wspomnienia z okresu, w którym teoretycznie nie powinni w ogóle zachowywać świadomości. I nie chodzi tu o doświadczenia związane z wychodzeniem z ciała, przechodzeniem przez tunel, jasnym światłem czy życiem przelatującym przed oczami. Te wrażenia są najprawdopodobniej wynikiem nieprawidłowej aktywności niedotlenionego i bardzo zestresowanego mózgu. Pacjenci pamiętają jednak czynności i rozmowy lekarzy, którzy starali się zatrzymać ich na tym świecie. Większość wprawdzie nie jest w stanie przypomnieć sobie dokładnych szczegółów. Dane te otrzymano jako wynik badania ponad 2000 osób, które w przeszłości doświadczyły zatrzymania krążenia. Pozwoliły one stwierdzić, że świadomość można zachować nawet przez trzy minuty po ustaniu akcji serca – tyle właśnie zajęła najdłuższa opisana w nim reanimacja, po której pacjent mógł opowiadać o swoich wrażeniach.

Rekord należy jednak do pacjenta, którego aktywność mózgową obserwowano za pomocą elektroencefalografu (EEG) w ramach badań nad śmiercią. Choć jego serce zatrzymało się, mózg pozostał aktywny jeszcze przez 10 minut i 38 sekund, generując w tym czasie fale delta, charakterystyczne dla głębokiego snu. Pierwszym wytłumaczeniem, które przyszło na myśl lekarzom była awaria sprzętu, jednak została ona wykluczona. Do tej pory nie wiadomo, co było przyczyną tak długiego utrzymywania się aktywności mózgu u teoretycznie martwego już człowieka.

Granica czy proces?

Właściwie nawet po ustaniu pracy ośrodkowego układu nerwowego w organizmie wiele się dzieje. Naukowcy zaobserwowali, że ludzkie DNA jest aktywne jeszcze długo po śmierci mózgu – wyniki badań pokazują, że nawet przez niemal 30 godzin. Co ciekawe, aktywują się wówczas te geny, które czekały uśpione od czasu rozwoju zarodkowego. Oprócz nich niezwykle wysoką ekspresję wykazują również te, które odpowiadają za funkcjonowanie układu odpornościowego i neutralizację skutków stresu. Wygląda to tak, jakby każda komórka do końca walczyła ze śmiercią.

Pośmiertna aktywność komórek różni się w zależności od tkanki. Chociaż w próbkach pobranych w ciągu 29 godzin po stwierdzeniu zgonu mózg miał najmniej aktywnych genów, niektórzy naukowcy sądzą, że istnieje jeszcze nadzieja. Niedokrwienie nie zabija bowiem wszystkich neuronów jednocześnie – brak tlenu prowadzi stopniowo do uszkadzania kolejnych komórek. Być może proces ten uda się spowolnić poprzez schładzanie ciała do temperatury 32 stopni Celsjusza. Już dziś hipotermię stosuje się podczas niektórych operacji chirurgicznych, szczególnie jeśli przeprowadza się je przy zatrzymanym krążeniu, tak jak przeszczepienie serca. Metodę tę stosuje się po to, aby ochronić tkanki przed niedotlenieniem. Zwalnia wówczas metabolizm, zapotrzebowanie na tlen zmniejsza się, a to pozwala zyskać na czasie. Medycyna zna przypadki osób, które udało się niemalże wskrzesić po kilku godzinach od ustania akcji serca i aktywności mózgu. W tej sytuacji doprawdy trudno mówić o śmierci jako wyraźnej granicy, spoza której nie ma powrotu. W świetle najnowszych badań jest ona raczej procesem, który być może uda się zatrzymać, a nawet odwrócić.

Piorun czy komórki macierzyste?

Skoro więc martwy człowiek wcale nie musi być tak do końca martwy, to może istnieje sposób na to by go ożywić? Nawet jeśli brzmi to jak makabryczna wizja na granicy nauki i czarnej magii, pamiętajmy, że przywrócenie pod koniec XIX wieku podobnie musiała wyglądać koncepcja przywrócenia akcji serca za pomocą prądu elektrycznego. Pierwszą udaną defibrylację wykonano przecież stosunkowo niedawno, bo w 1947 roku. Przedtem stosowano co najwyżej techniki masażu serca, a gdy one nie przynosiły efektów, orzekano zgon pacjenta. Czy zatem niespełna 100 lat po pierwszym zastosowaniu prądu do przywrócenia krążenia, podążając śladami Wiktora Frankensteina, będziemy mogli wykorzystać go także do ponownego uruchomienia mózgu?

Nie ulega wątpliwości, że komórki budujące serce i mózg różnią się od siebie. Mięsień sercowy wytrzymuje nawet 20-40 minut, zanim zostanie nieodwracalnie uszkodzony wskutek braku tlenu. W mózgu zmiany takie pojawiają się dużo wcześniej, bo już po 4-5 minutach. Z tego względu przywrócenie normalnego funkcjonowania neuronów wymagać będzie więcej niż tylko impulsu elektrycznego.

Z takiego założenia wyszli dr Himanshu Bansal i Ira Pastor, dyrektor generalny amerykańskiej firmy Bioquark. Są oni autorami programu ReAnima, który ma na celu odwrócenie śmierci mózgowej. Pomysł na ten projekt pochodzi z obserwacji zwierząt. Niektóre ryby i płazy posiadają ogromne zdolności regeneracyjne – mogą naprawić nawet rozległe i zagrażające życiu uszkodzenia w obrębie ośrodkowego układu nerwowego. Dotyczy to nie tylko kory, ale także pnia mózgu, czyli właśnie tego obszaru, w którym zlokalizowane są najważniejsze ośrodki odpowiadające za czynności życiowe.

Pierwszy krok proponowanej przez nich terapii polegać ma na pobraniu z krwi martwego już pacjenta komórek macierzystych i przeszczepieniu ich wprost do mózgu. Tam miałyby się namnażać i zastępować obumarłe neurony. Podczas drugiego etapu zarówno do mózgu, jak i do rdzenia kręgowego podawane będą specjalnie opracowane peptydy. Następnie naukowcy przez 15 dni będą stosować techniki stymulacji ośrodkowego układu nerwowego. W tym czasie aktywność mózgu będzie monitorowana za pomocą rezonansu magnetycznego.

Program ReAnima miał wystartować w lipcu 2017 roku. Miało w nim brać udział 20 osób, pacjentów szpitala Anupam w indyjskim Rudrapur, u których stwierdzono śmierć mózgu, lecz funkcjonowanie pozostałych narządów wciąż jest podtrzymywane przez aparaturę. Zakończenie eksperymentu planowano na lipiec 2018 roku. Jednak nie udało się go nawet rozpocząć w planowanym terminie. Rodziny potencjalnych obiektów badań nie wyraziły zgody na wykorzystanie ich ciał. Ponadto Indyjska Komisja ds. Kontroli Leków także nie wydała nań zgody, w wyniku czego projekt został usunięty z rejestru badań klinicznych Rady Badań Medycznych. Jednak organizatorzy nie zamierzają się poddać – obecnie wiadomo, że planują realizację swoich badań w jednym z krajów Ameryki Południowej.

A może przeprowadzka?

Projekt ReAnima być może sprawdzi się w przypadku, gdy martwy mózg znajduje się w żywym ciele. Co jednak w sytuacji, kiedy to właśnie ciało zawiedzie, a mózg wciąż będzie w pełni sprawny? Tak było choćby u jednego z najwybitniejszych naukowców, Stephena Hawkinga. Wówczas rozwiązaniem mogłaby być transplantacja mózgu.

Włoski neurochirurg dr Sergio Canavero jest zdania, że transplantologia stoi obecnie na wystarczająco wysokim poziomie, żeby podołać trudnemu zadaniu, jakim jest połączenie głowy z ciałem innego człowieka. Zapowiadał, że pod koniec 2017 roku przeprowadzi w Turynie pierwszą taką operację. Pacjentem miał być Walerij Spiridonow, cierpiący na rdzeniowy zanik mięśni. Choroba ta jest właściwie wyrokiem, gdyż powoduje obumieranie neuronów rdzenia kręgowego i stopniowa utratę kontroli nas mięśniami, także tymi odpowiedzialnymi za oddychanie.

Opracowana przez Canavero procedura miała trwać 72 godziny, uczestniczyć w niej miało 80 chirurgów i 70 pielęgniarek, a koszt całego przedsięwzięcia sięgnąłby 10-15 mln euro. W pierwszym etapie ciało biorcy musiałoby zostać schłodzone nawet do 12 stopni celsjusza, aby uchronić mózg przed śmiercią z powodu niedotlenienia po odcięciu głowy. Sama dekapitacja, zarówno u dawcy, jak i u biorcy, musi być przeprowadzona bardzo precyzyjnie, gdyż w przeciwnym razie połączenie przeciętych włókien nerwowych będzie o wiele trudniejsze. Po umieszczeniu głowy biorcy na ciele dawcy połączone zostaną najpierw główne naczynia krwionośne, by przywrócić krążenie w mózgu, a następnie pozostałe tkanki: tchawica, przełyk, mięśnie itd. Najtrudniejszym zadaniem będzie zapewne zespolenie włókien rdzenia kręgowego w taki sposób, aby pacjent dysponował pełną władzą w całym ciele. W tym celu włoski neurochirurg zamierza pokryć miejsce ich łączenia glikolem polietylenowym (PEG), który zadziała jak swego rodzaju klej. Po operacji pacjent będzie co najmniej przez 30 dni utrzymywany w stanie śpiączki farmakologicznej, co ma ułatwić proces zrastania się głowy z nowym ciałem. W tym czasie hybrydowy rdzeń kręgowy ma być poddawany elektrostymulacji, która wspomoże odtwarzanie połączeń między jego włóknami.

Podobnie jednak jak plany ożywiania mózgów, także i ten śmiały projekt nie został do tej pory zrealizowany (stan na połowę 2018 roku – przyp. red.). Dr Canavero ma za sobą już operację na zwłokach, planuje też przeprowadzenie“próby generalnej” na osobie z orzeczoną śmiercią mózgu. Został jednak zmuszony do zrezygnowania z przeprowadzenia pionierskiej operacji we Włoszech. Prawdopodobnie odbędzie się ona w Chinach. Uniwersytet medyczny i politechnika w mieście Harabin zadeklarowały wsparcie, jednak pierwszym pacjentem musiałby zostać Chińczyk.

Czy można trzymać mózg w pudełku?

Gdyby przeszczepy mózgów upowszechniły się, z pewnością dawców ciał szukanoby na większą skalę niż tylko lokalnie. Wówczas transportowanie osoby, która musiałaby być podpięta do aparatury podtrzymującej życie stałoby się nie lada problemem. Czy zatem można byłoby przewozić same mózgi, tak jak obecnie robi się to z nerkami czy nawet sercami?

Wygląda na to, że naukowcy z Uniwersytetu Yale rozwiązali ten problem. Opracowana przez nich technologia BrainEx pozwala na przechowanie mózgu poza organizmem. Jest to system mikrokrążenia, który odżywia i dotlenia narząd za pomocą sztucznej krwi, a także utrzymuje jego właściwą temperaturę. Co więcej – można w nim nie tylko przechowywać żywy mózg, ale nawet ożywić już martwy.

Badacze z Yale przeprowadzili eksperyment na ponad 100 świńskich głowach, które otrzymali z rzeźni. Podłączyli je do urządzeń i obserwowali ich aktywność. Przez 36 godzin neurony pracowały całkiem normalnie i generowały fale podobne do tych, które są charakterystyczne dla ludzi będących w stanie śpiączki. Osiągnięcie to jest tym ciekawsze, że od dekapitacji zwierząt do umieszczenia mózgów w Brainex minęły 4 godziny. W tym czasie z pewnością zdążyły zajść pewne zmiany w komórkach i być może dlatego zarejestrowano jedynie ograniczoną aktywność. Nasuwa się więc pytanie – gdyby mózgi były odżywiane i natleniane od razu po wyjęciu z ciała, czy możliwe byłoby zachowanie świadomości?

Być może nawet można byłoby zrobić więcej – zrealizować kolejną wizję ze świata science-fiction, dotyczącą podłączenia mózgu do komputera, aby mógł on komunikować się ze światem zewnętrznym. Czy przy takich możliwościach w ogóle byłyby potrzebne jakiekolwiek przeszczepy ciała?

Nieśmiertelność stoi przed nami otworem?

W świetle najnowszych badań i perspektyw mogłoby się wydawać, że możemy żyć naprawdę bardzo długo, jeśli nie wiecznie. Do rozważenia pozostaje jednak kilka kwestii, nie tylko moralnych, ale także czysto praktycznych. Zamiast więc obwieszczać zbyt pospiesznie triumf medycyny nad śmiercią, warto się jeszcze przez chwile zastanowić.

Przeszczep mózgu oznacza przerwanie rdzenia kręgowego. Naukowcy starają się wprawdzie znaleźć sposób na jego regenerację, udało się nawet (lekarzom z Wrocławia) przywrócić władzę w nogach mężczyźnie, u którego doszło do przerwania rdzenia w odcinku piersiowym. Jednak nie wiadomo, kiedy będzie on w stanie ponownie chodzić bez balkonika czy kul. Przecięcie włókien nerwowych na wysokości 4-5 kręgu szyjnego, jak planuje to Canavero, może skutkować paraliżem wszystkich kończyn, jeśli nie uda się przywrócić ich ciągłości. W latach 50.-70. XX wieku wykonywano takie operacje na zwierzętach – psach i małpach. Jedna z nich, nazywana przez dziennikarzy frankenmałpą, przeżyła nawet 8 dni. Jednak jeden z naukowców biorących udział w tym eksperymencie wspomina, że nie był to dla niej szczęśliwy czas, choćby dlatego, że została sparaliżowana od szyi w dół. Obecnie chińscy naukowcy, zwolennicy przeszczepów głowy, doskonalą technikę na myszach, jednak zwierzęta te szybko umierają, do czego przyczynia się obrzęk mózgu i utrata zbyt dużej krwi.

Nawet jeśli założymy, że hybrydowy rdzeń kręgowy podejmie normalną pracę, osobie po przeszczepie będzie grozić zmora transplantologów – choroba przeszczep przeciwko gospodarzowi. Nowe ciało będzie miało przecież odmienny układ odpornościowy, a to doprowadzi do ataku limfocytów T na obce tkanki, które znajdą się w obrębie głowy. Aby tego uniknąć trzeba będzie stale przyjmować niezwykle silne leki immunosupresyjne. Rodzi to kolejny problem – ponieważ układ odpornościowy będzie praktycznie wyłączony, pacjent będzie narażony na częstsze infekcje, a nawet najłagodniejsza z nich stanie się zagrożeniem dla jego życia.

Wyniki dotyczące mózgów ożywianych po kilku godzinach od śmierci są naprawdę imponujące. Tym większe nadzieje budzi fakt, że w Yale udało się tego dokonać nie z mózgiem gryzonia, ale dużego zwierzęcia – prawdopodobnie można powtórzyć ten wyczyn z użyciem ludzkiego. Pozostaje tylko jedna kwestia: fale mózgowe obserwowane przez naukowców nie wskazywały na to, aby narządy te wykazywały jakąkolwiek świadomość. Można sobie więc wyobrazić, że owszem, wskrzesimy ludzki mózg, może nawet wszczepimy go do innego ciała, ale nie sprawimy, że utrzymywana w ten sposób przy życiu osoba będzie mogła wstać ze szpitalnego łóżka czy choćby przywitać się z najbliższymi. Sam pomysłodawca projektu ReAnima podczas jednego z wywiadów przyznał, że nie zastanawiał się nad tym, co zrobić w sytuacji, kiedy jego procedura poskutkuje, a pacjent odzyska w jakimkolwiek stopniu świadomość, ale nie będzie mógł  normalnie funkcjonować.

Ten sam człowiek?

No i na koniec – kwestia, której rozstrzygnięcie chyba nigdy nie będzie możliwe, przynajmniej dopóki nie uda się rzeczywiście kogoś ożywić czy przeprowadzić udane przeszczepienie korpusu. Czy siedzibą ludzkiej świadomości i osobowości rzeczywiście jest jedynie mózg, a reszta ciała jest tylko swego rodzaju opakowaniem? Jeśli tak, to właściwie nie ma sprawy. Ale jeśli nie? Przecież w obrębie ciała mamy mnóstwo komórek nerwowych. Najwięcej w jelitach, które często nazywa się drugim mózgiem – jest ich tam tyle, co w rdzeniu kręgowym. Przez nerw błędny przekazują bezpośrednio do mózgu (tego prawdziwego, znajdującego się wewnątrz czaszki) mnóstwo informacji. Dane te dotyczą nie tylko tego, co akurat jedliśmy. Musimy też wziąć pod uwagę, że nasze jelita zamieszkują miliony, a nawet biliony mikroorganizmów. Jest ich więcej, niż komórek naszego ciała. Wytwarzają wiele związków chemicznych, które oddziałują na neurony jelit, a w konsekwencji także na mózg. Publikacje naukowe z ostatnich lat wskazują na to, że nasza mikrobiota może mieć ogromne znaczenie nie tylko dla naszego zdrowia, ale także dla osobowości. Istnieją nawet dowody na to, że zaburzenia w jej składzie wiążą się z depresją, zespołem jelita nadwrażliwego, a być może nawet z rozwojem chorób Parkinsona i Alzheimera. Kiedy mózg dostanie nowe ciało, będzie to oznaczało drastyczną zmianę także w zakresie mikroorganizmów jelitowych. Jak wpłynie to na osobowość głowy? Być może rozwiązaniem będzie całkowite wyjałowienie jelit dawcy korpusu i przeszczepienie do nich mikrobioty biorcy, ale nie da się tego samego zrobić z milionami neuronów tworzących “mózg trzewny”.

Druga wątpliwość dotyczy wspomnień. Nawet twórcy programu ReAnima przyznają, że najprawdopodobniej przywróceni do życia pacjenci nie będą pamiętać przeszłości. Dlaczego? Przyczyną może być fakt, że nie wszystkie neurony ponownie podejmą pracę. Możliwe, że proces “budzenia” pacjenta będzie przypominał to, co obserwuje się podczas wychodzenia ze śpiączki farmakologicznej po urazie mózgu czy udarze. Stopień zniszczeń, jakie wywołało niedokrwienie, można bowiem w pełni ocenić dopiero, gdy neurony, które przetrwały podejmą swoje funkcje. Może się wówczas okazać, że komórki odpowiedzialne za wspomnienia zostały bezpowrotnie utracone. Kim zatem będzie osoba, która nie pamięta niczego o sobie, o swoim życiu, bliskich? Czy w takim przypadku pacjent będzie tym samym człowiekiem, którym był przed śmiercią? Niewykluczone, że będzie cierpiał na amnezję całkowitą, z brakiem zdolności do zapamiętania czegokolwiek także po powrocie do świata żywych. Jego życie może wówczas wyglądać podobnie jak w zaawansowanych stadium choroby Alzheimera. Może on być niezdolny do wykonania samodzielnie nawet najprostszych, codziennych czynności i w związku z tym przez resztę życia przykuty do łóżka. Do tego mogą dojść niedowłady lub całkowite porażenia kończyn, które często są konsekwencją niedotlenienia mózgu podczas udarów. Nawet więc jeśli uda się przywrócić pacjentowi świadomość, być może pozostanie on zamknięty w ciele, którego nie będzie w stanie kontrolować. Przed podjęciem decyzji o próbie ożywienia zmarłego należałoby zatem zadać sobie pytanie czy na pewno chcemy ratować jego życie za wszelką cenę.

Gdzie leży granica?

Instynktem każdego żywego stworzenia jest unikanie śmierci tak długo, jak tylko się da. Nic więc dziwnego, że istoty obdarzone – tak jak my – pewnym poziomem inteligencji szukają coraz lepszych i skuteczniejszych metod na oddalenie w czasie przykrej konieczności pożegnania się z tym światem.

Ewolucji technik medycznych towarzyszy też zmiana granicy, spoza której nie ma powrotu. Niegdyś człowiek był martwy jeśli nie oddychał i nie biło mu serce. Dziś funkcje te można przywrócić, a za wyznacznik śmierci służy brak aktywności pnia mózgu. Czy w przyszłości i to przestanie mieć znaczenie? Czy mózg będzie mógł żyć wiecznie, zmieniając tylko co jakiś czas “opakowanie”? A może w ogóle podłączymy go do komputera, który umożliwi mu sprawne komunikowanie się z otoczeniem?

Na dzisiaj rozważania te pozostają w sferze fantastyki naukowej. Być może nigdy się nie dowiemy czy można wskrzesić martwy mózg. Być może nigdy nie osiągniemy czegoś, co jest choćby zbliżone do nieśmiertelności. Ale może to i lepiej… Jeśli bowiem przeanalizujemy doświadczenia postaci z literatury i filmu, okaże się, że wieczne życie często jest dla nich raczej przekleństwem niż błogosławieństwem. Wspominają, że trudno patrzy się na śmierć kolejnych ukochanych osób. Z czasem przestają tworzyć bliskie relacje z innymi, które przecież są konieczne dla zdrowia psychicznego. Często mamy do czynienia z osobami pogrążonymi w depresji, niekiedy czekającymi na śmierć jak na możliwość zaśnięcia po bardzo długim i męczącym dniu.

Nasze życie nie trwa wiecznie, a ciało – póki co – mamy tylko jedno. Dlatego dbajmy o nie, aby służyło nam jak najdłużej. I cieszmy się życiem, dopóki trwa.

PRZECZYTAJ TEŻ:


Skomentuj